Strona główna / Informacje / Aktualności / Ostatnia rozmowa…

Ostatnia rozmowa…

– Dzień dobry panie radny… – mówiłem w rozmowie z Henrykiem Muchą. – Hubert, przestań, nie lubię jak się mnie tak tytułuje – odpowiedział, śmiejąc się. To fragment rozmowy jaką odbyłem z radnym seniorem w weekend. Jak się okazało – ostatnią. Kilka dni później zmarł. Był wyjątkowym człowiekiem – do końca zaangażowanym i aktywnym.


Tragiczna wiadomość o śmierci radnego Henryka Muchy dotarła do nas w czasie czwartkowego składu gazety, tuż przed drukiem – w dzień, w którym odszedł. W takich chwilach trudno zebrać myśli, które kłębią się w głowie. Na obszerne wspomnienia przyjdzie jeszcze czas – opublikujemy je już w następnym numerze. Funkcję radnego pełnił w latach 2002-2016, przez kilka kadencji przewodniczył Komisji Rewizyjnej w Radzie Miejskiej, aktywny działacz sportowy – nie tylko w Witkowie, ale również w Powidzu. W młodości sportowiec – podnosił ciężary, do ostatnich dni grał w tenisa stołowego i to z sukcesami. Często uśmiechnięty, rzetelnie podchodzący do swoich obowiązków. Bardzo ważną rolę w jego życiu pełniło popularne osiedle – to je reprezentował w witkowskim magistracie, dbał o interesy mieszkańców.

W minionym tygodniu zadzwoniłem do niego z prośbą, aby napisał swoje osobiste refleksje na temat śp. Krzysztofa Szkudlarka, które przygotowuje na rocznicę odejścia wieloletniego burmistrza. Zgodził się bez wahania. W weekend zadzwonił wczesnym rankiem. Nie odebrałem…spałem. Kiedy po kilku godzinach zapytałem go z uśmiechem, dlaczego dzwonił do mnie tak wcześnie i to do tego w sobotę usłyszałem:

– W moim wieku wstaje się znacznie wcześniej. Ty to jesteś jeszcze młody – odpowiedział.

Poprosił mnie o spotkanie. W południe zawitałem w jego domu. Żona krzątała się po kuchni, chciała zrobić herbatę. Pan Henryk nalegał. Niestety odmówiłem – jak zawsze się śpieszyłem. Teraz żałuję. To byłaby nasza ostatnia wspólna herbata. Przeczytał wspomnienia o śp. Krzysztofie Szkudlarku, sporządził je na kartce – odręcznie. Prosił, abym je ocenił. Odpowiedziałem, że dla mnie są idealne. Zdecydował jednak, że coś dopisze. Zapewnił, że do mnie zadzwoni, jak skończy i zrobił to. Zadzwonił – ponownie w poniedziałek rano. Tym razem odebrałem za pierwszy razem.

– Dzień dobry panie radny… – powiedziałem. – Hubert, przestań, nie lubię jak się mnie tak tytułuje – odpowiedział, śmiejąc się.

Umówiłem się z nim na popołudnie, ponieważ rano mi nie pasowało. Miałem odebrać gotowy tekst. Minęło kilka godzin. Przed wizytą zadzwoniłem do pana Henia, czy jest w domu. Odebrała jego żona.

– Henryk miał wylew. Właśnie jadę do niego do szpitala. Zabrała go karetka – usłyszałem.

Zamarłem. Przeprosiłem, że w takim momencie i zapewniłem, że zadzwonię za kilka dni. Nie zadzwoniłem, nie zdążyłem. W czwartek dowiedziałem się, że pan Heniu nie żyje. Pozostaje pustka. Miał 78 lat.

Jeden komentarz

  1. Przykre ale takie jest własnie życie,nigdy nie wiadomo kiedy jest nasz ostatni dzien na tej ziemi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.