Strona główna / Informacje / Ludzie / Niczego nie obiecywałem

Niczego nie obiecywałem

Maciej GraczykMaciej Graczyk radnym jest od niedawna, ale już wielokrotnie pokazał, że pomysłów na funkcjonowanie słupeckiego samorządu mu nie brakuje. W rozmowie z naszym dziennikarzem przedstawia swoją wizję strefy płatnego parkowania, wyglądu starej części Słupcy i szukania przez miasto oszczędności.
Jak mam się do pana zwracać? Panie Józefie czy panie Macieju?
Oficjalnie na pierwsze imię mam Józef, na drugie Maciej, ale to przez pomyłkę mojego dziadka, który rejestrował mnie w urzędzie. W dokumentach kościelnych figuruje jako Maciej Józef. Czasami się śmieję, że żona popełniła bigamię, bo ślubowała dwóm Graczykom. Generalnie nie używam imienia Józef, od dzieciństwa w domu nikt na mnie nie wołał inaczej niż Maciej. Tylko na studiach mówili do mnie Józef, dziwnie się z tym czułem, bo to dla mnie tak naprawdę obce imię.
Wicedyrektorzy słupeckich podstawówek patrzą na pana krzywo? Pytam, bo jednym z pierwszych pana postulatów w tej kadencji była likwidacja po jednym wicedyrektorskim etacie w obu szkołach.
Nie chciałbym do tego tematu wracać. Co miałem do powiedzenia, powiedziałem. Burmistrz na którejś sesji odpowiedział mi, że decyzja w tej sprawie i tak do niego należy. Chodziło mi tylko o oszczędności, nic poza tym. Jeżeli będą uważać, że potrzeba czterech dyrektorów, to ich sprawa. Myślę, że wicedyrektorzy się trochę obrazili, ale powtarzam – nie miałem nic złego na myśli. Chciałem zasugerować coś, co moim zdaniem jest słuszne.
Ma pan doświadczenie w szkolnictwie, ale obecnie nie pracuje pan w szkole. Dlaczego?
W latach 1979-86, za rządów pani dyrektor Heleny Kumosy, pracowałem w Szkole Podstawowej nr 1 w Słupcy. Od czerwca 1986, do tej pory pracuję w Hucie Aluminium w Koninie. W marcu przyszłego roku odchodzę na emeryturę pomostową. Dlaczego odszedłem ze szkoły? Podam panu taki przykład. Gdy dostałem pierwszą pensję w szkole, zabrakło mi stówy do składaka, a kosztował wtedy 1600 zł. Pożyczyłem od koleżanki tę stówę, żebym mógł kupić rower. Później było trochę lepiej, z nadgodzinami dochodziłem do 2 tysięcy. Ponieważ studiowałem odlewnictwo na Politechnice zanim przyszedłem do szkoły, miałem praktyki w hucie. W pewnym momencie stwierdziłem, że lepszy ze mnie będzie lepiej zarabiający robotnik niż pracujący w szkole inteligent, który ledwo wiąże koniec z końcem. W tym 1986 r. poszedłem do kierownika odlewni z pytaniem o pracę. Na początek zaoferował mi 4900 zł. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że zmiana szkoły na hutę to dobra decyzja. Na początku było ciężko, bo nie byłem nauczony fizycznej pracy, ale z czasem się przyzwyczaiłem. Z perspektywy czasu absolutnie nie żałuję tej decyzji. Wychodzę z założenia, że facet musi zarobić na utrzymanie rodziny, a wówczas już miałem dwójkę dzieci. Więcej na łamach Kuriera

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

ody>