Jan Kapela

Jan KapelaJan Kapela, ułan z armii gen. Andersa urodził się 29.10.1911 roku z ojca Wawrzyńca i matki Apolonii z Włodarczyków. Mieszkał jako dziecko w domu Litoborskich przy ul. Pyzderskie Przedmieście (obecnie w tym miejscu znajduje się Bank Spółdzielczy).

Jan Kapela, ułan z armii gen. Andersa urodził się 29.10.1911 roku z ojca Wawrzyńca i matki Apolonii z Włodarczyków. Mieszkał jako dziecko w domu Litoborskich przy ul. Pyzderskie Przedmieście (obecnie w tym miejscu znajduje się Bank Spółdzielczy).

Naukę podstawową zdobył w Słupcy, dalej uczyło go życie. W latach 1925 – 1930 grał w słynnej na owe czasy orkiestrze dętej pod batutą p. Gabrylewicza. W 19 roku życia wstąpił jako ochotnik do Wojska Polskiego. Służył w Prużanach, w 25 pułku Ułanów Wielkopolskich, gdzie ukończył służbę czynną i został podoficerem zawodowym. Już w marcu tego roku cała Brygada Nowogródzka Kawalerii, składająca się z czterech pułków (25 i 26 Baranowicze, 27 Nieświerz i 3 Strzelców Konnych Wołkowskich pod dowództwem gen. Andersa) przerzucona została pod Mławę.
Tam cała brygada przez trzy dni września 1939 roku toczyła bój, a następnie wycofała się przez Płock, Modlin w kierunku Warszawy. W miejscowości Radość trwał czterodniowy postój. Po tym odpoczynku dowódca otrzymał rozkaz przemieszczenia się wojska w kierunku Lubelszczyzny przez Rejowiec i Krasnobród. Poważniejsza walka stoczona została we wsi Dąbrówka. Starcie z wrogiem było niespodziewane. Niemcy podpalili większe budynki i stogi we wsi i uciekli gęsto się ostrzeliwując. D – ca szwadronu znając sytuację zaplanował – około godz. 17 – przedostać się przez szosę, aby ciągle być w ataku. Jan Kapela był dowódcą pocztu przy dowódcy szwadronu, którym był znany sportowiec p. Rajcewicz. On też wyskoczył pierwszy. W chwili gdy nasz rodak podczołgał się do rowu i szykował się do skoku, usłyszał w pobliżu cichą rozmowę w języku niemieckim. Po obserwacji terenu (a było już ciemno), zauważył sylwetki kilku Niemców, którzy montowali karabin maszynowy w celu ostrzelania około 30 polskich żołnierzy z tyłu, po przeskoczeniu szosy. Pan Jan podczołgał się w pobliże Niemców i rzucił kilka granatów. Rzuty były celne, wszyscy Niemcy zginęli na miejscu. Dalsze walki odbywały się nad rzeką Wieprz. Teren w okolicy rzeki był trudny do przebycia, szczególnie okolice Krasnobrodu były pagórkowate. Oddziały polskie wpadły tam w zasadzkę. Niemcy na wzgórzach mieli zamaskowane karabiny maszynowe i wystrzelali 52 polskich ułanów. Padło kilku kolegów p. Jana z por. Gerlickim na czele. Wielu zostało na polu rannych. Dla nich zorganizowano szpital polowy w miejscowym klasztorze.

Okazało się, że wszelkie przeprawy, ucieczki czy marsze były bezcelowe i prowadziły do nikąd. Wróg dawał się we znaki polskim oddziałom ze wszystkich stron. od wschodu szli bolszewicy, od zachodu Niemcy. W oddziałach zapanowała panika. Pułk, w którym przebywał Jan Kapela pod Lwowem dostał się do niewoli sowieckiej. Stało się to w miejscowości Sambor. Wszyscy żołnierze zostali otoczeni, rozbrojeni i zamknięci w opuszczonym budynku. Przez pięć dni nie dostali pić i jeść. Dla ratowania życia Jan Kapela począł organizować ucieczkę. Sowiecki strażnik został przekupiony zegarkiem. Był to Ukrainiec, który w nocy otworzył drzwi budynku – więzienia. Ucieczka się udała. Strażnik nawet wskazał im jej kierunek.
Trasa prowadziła przez Lwów i Chełm Lubelski. Oficerowie mieli rozkaz w razie jakiegoś nieszczęścia nawet pojedynczo uciekać przez Węgry do Francji i z tego rozkazu skorzystali. pozostali żołnierze ruszyli w kierunku Brześcia.

Pod wsią Kamień po 6 dniach głodu, padając z wyczerpania weszli do zagrody chłopskiej, dostali pić i jeść. Gospodarz – z pochodzenia Niemiec – wskazał im drogę przez las. Twierdził jednak, że mogą wpaść w ręce Ukraińców. Tak też się stało. W wyjściu z zagajnika mieli przejść przez krzyżówkę drogi i natknęli się na Ukraiński patrol. Zostali zabrani i zamknięci w szkole, a na drugi dzień pociągiem wywiezieni do Szepietówki z innymi uciekinierami. stamtąd trójka żołnierzy ponownie, już za ostatni zegarek uciekła i to nawet z bochenkiem chleba, który dostali na drogę od strażnika. Szli 45 km. nad Horyniem, aby dostać się do pociągu. Pociąg, na który trafili podwiózł ich do stacji Żabinka. Polski kolejarz dowiedział się o ich losie i przechował całą trójkę w tzw. „breku”. Dalej jechali już w lepszych warunkach do Brześcia i jeszcze dalej 90 km. do Prużan. Pan Jan miał tam narzeczoną – swoja przyszłą żonę. Jej ojciec, jako policjant był już w tym czasie aresztowany.
Młodzi pobrali się, a ślubu udzielił im ks. Świątek z Pińska. Wszystkie formalności były cicho załatwiane, ślub odbył się w nocy w miejscowym kościele. Żona Maria Jołtuch pochodziła z Chełma Lubelskiego.
W tym czasie NKWD robiło już rewizje po domach i zabierało ludzi do transportu na Sybir według posiadanej listy. Teściowie, żona i jej siostra zostały zabrane. Pan Jan zgłosił się do oficera NKWD, by też jechać razem z żoną. Oficer odmówił, bo p. Kapeli nie było na liście, ale kazał sprawdzić czy Maria Jołtuch jest jego małżonką.
Po sprawdzeniu została zwolniona. Mogli zostać w Prużanach. Po wybuchu wojny niemiecko – sowieckiej Prużany szereg razy przechodziły z rąk do rąk. Pod okupacją hitlerowską tworzył się ruch oporu – AK. Pan Jan zgłosił się do organizacji. Był zatrudniony przy roznoszeniu biuletynów i ulotek.

W 1944 roku Prużany były znów pod nadzorem sowieckim. Władze miasta przeprowadzały mobilizację. Zabrali około 500 mężczyzn. Wszystkich strażnicy pędzili pod karabinami pieszo do miejscowości Słonim, a dalej do Baranowicz. Po kilkunastu kilometrach we wsi Moda był pierwszy odpoczynek, wspólna kolacja i strzyżenia każdego na całym ciele. Po kilkugodzinnym odpoczynku nastąpił dalszy marsz do Jarosławia nad Wołgę, gdzie zgromadzono już kilka tysięcy ludzi. Przygotowywano obóz przejściowy. Spanie było w ziemniakach.
Rozpoczęto intensywne szkolenie. Tworzono 20 dywizję polską. Dowódcą został oficer polski, który nazywał się Warzbiński. Po dwóch miesiącach dywizja została przerzucona pod Warszawę.
W kilkanaście dni po rozminowaniu stolicy 14 marca nastąpił wymarsz na Szczecin, Wrocław, Nysę, Zgorzelec i Gubin.
Pan Jan Kapela podczas przerzucania wojska na Berlin był żołnierzem 32 p.p. 8 Dywizji Drezdeńskiej. Pod Nysą, w czasie natarcia na miasto bateria została okrążona przez Niemców. Na szczęście Niemcy byli też okrążeni przez wojska sowieckie, które nękały ich ciągłym ogniem. W baterii p. Jana jeden z dowódców został zabity, a porucznik Rapacki ciężko ranny. Jan Kapela dostał rozkaz objąć dowództwo za porucznika i przez dwa tygodnie dowodził oddziałem. Za zdobycie Nysy pan Jan został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi Na Polu Chwały. Stało się to 12 maja 1969 roku, na podstawie rozkazu dowódcy 8 Dywizji Piechoty z dnia 16 września 1945 roku.

Za udział w walkach o Berlin otrzymał medal rozkazem z dnia 9 maja 1972 roku. Za uratowanie plutonu pod Dąbrówką w 1939 roku został uznany Kawalerem Orderu Wirtuti Militari V kl., który przyznało mu Biuro Kapituły Orderu Wojennego w Londynie 2 września 1948 roku (nr. leg. 13522). 15 sierpnia 1985 roku porucznik Jan Kapela otrzymał Krzyż Kampanii Wrześniowej 1939 r. Władze Polski Ludowej uhonorowały też naszego rodaka 23 lipca 1985 roku Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Zwolnienie z wojska nastąpiło w 1947 roku. W opisie fragmentu życia naszego Słupczanina, nie można pominąć tragedii, jaką przeszła żona w Prużanach w 1944 roku. Po zabraniu męża przez NKWD aresztowało żonę, którą wywieziono na Sybir. Dwa lata przebywała w obozie Uchta, a następnie Workuta, gdzie musiała pracować niewolniczo przy wyrębie tajgi o głodzie i chłodzie. Dzięki pomocy przyjaciół p. Jan dowiedział się o jej tragedii i prosił o pomoc u przełożonych w Dywizji. Na interwencję dowódcy została odszukana i zwolniona. Wróciła do Polski jesienią 1946 rok wychudzona, opuchnięta i chora.
Dziecko – w 1944 roku 4 – letni syn Henryk (obecnie inżynier elektryk) podczas aresztowania matki został jej wydarty brutalnie z ręki i pozostawiony na ulicy. Dzieckiem zaopiekował się znajomy i uratował przed głodową śmiercią, a następnie po paru latach przywiózł do kraju.
Podczas długiego, parogodzinnego opowiadania o losach rodziny pan Jan, ostatni słupecki ułan generała Andersa stwierdził, że wiele w życiu przeszedł, ma dużo przyjaciół, ale najlepiej czuje się w ukochanej Słupcy. Pragnieniem jego jest po śmierci spocząć przy rodzicach na słupeckim cmentarzu.
Wyraził wielkie zadowolenie z zaproszenia na uroczystości związane z 40-leciem aresztowań słupeckich gimnazjalistów. Wspomniał lata dziecięce, młodzieńcze, odwiedził brata Narcyza i rodzinę, cieszył się z rozwoju miasta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

ody>