Jan Sędecki

Jan SędeckiSłupca od wieków, prawie od 600 lat słynęła z zawodu szewskiego który obok rzeźników i sukienników był zawsze licznie reprezentowany.
Z historii miasta wiemy, że w 1436 roku zaczął tu funkcjonować cech szewski, a parę lat później w 1446 r. szewcy słupeccy posiadali już w kościele św. Wawrzyńca swoją altarię, którą erygował arcybiskup Wincenty Kot.

Słupca od wieków, prawie od 600 lat słynęła z zawodu szewskiego który obok rzeźników i sukienników był zawsze licznie reprezentowany.
Z historii miasta wiemy, że w 1436 roku zaczął tu funkcjonować cech szewski, a parę lat później w 1446 r. szewcy słupeccy posiadali już w kościele św. Wawrzyńca swoją altarię, którą erygował arcybiskup Wincenty Kot. Altaria cechu szewskiego świadcząca o zamożności członków była pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.
W 1578 r. Słupca miała już 18 szewców, a w 1818 r. było ich 33 i posiadali swoje zgromadzenie. W 1860 r. mieliśmy 65 szewców, a w 1878 aż 111 słupczan trudniło się tym zawodem.
Zagłębiając się w historię cechu szewskiego w naszym mieście 100 lat wstecz można stwierdzić, że rodziny szewców słupeckich były liczne, a zawody przechodziły najczęściej z ojca na syna.

W Słupcy było bardzo dużo szewców, a między innymi: Feliks Dybalski, Marcin Litoborski, Wawrzyniec Majdecki, Piotr Czarciński, Paweł Wałowski, Wincenty Pawłowski, Franciszek Siwiński, Franciszek Jabłoński, Wojciech Zawadzki, Piotr Matecki, Wawrzyniec Grzybowski, Antoni Wyszyński, Franciszek Zieliński, Piotr Mojżeszewicz, Michał Kluczyński, Jan Dziatkiewicz, Józef Frankiewicz, Antoni Franciszek Ludwik Sędecki, Ludwik Śmigielski, Jan i Roman Sędeccy, Józef i Wawrzyniec Wiśniewscy. Z naszego pokolenia żyje i pracuje jeszcze Henryk Wlazło.
Miasto cierpi na brak tych rzemieślników, pozostały po nich wspomnienia i strzępy akt cechowych.

Jan Sędecki urodził się w Słupcy 13.05.1905 r. z ojca Władysława mistrza szewskiego i matki Eleonory z Krajewskich. Ma liczne rodzeństwo: braci Edwarda i Romana oraz siostry Martę, Helenę, Franciszkę, Władysławę i Bronisławę.
W młodości mieszkał z rodzicami przy ul. 3 Maja i Sukienniczej, a od 1928 r. przeprowadził się na ul. Warszawską. W latach 1921-1924 uczył się zawodu u majstra Kazimierza Nowakowskiego, a w latach 1925-1928 pracował już jako czeladnik. W 1925 r. ożenił się, do służby wojskowej został powołany w 1928 r. i był przydzielony do 7 batalionu Saperów Armii Poznań. W 1930 r. wrócił do Słupcy i rozpoczął ponownie pracę u mistrza Nowakowskiego. 24 sierpnia 1939 r. został wezwany do swojej jednostki.
Przeszedł tragiczną kampanię wrześniową w Armii Poznań, która przemieszczała się w kierunku Warszawy przez Słupcę. Jednostka przechodziła przez miasto w nocy z 5 na 5 września. Podczas postoju w Słupcy udało mu się spotkać z rodziną i otrzymać prowiant. Brał udział w walkach nad Bzurą. Niemcy atakowali jego oddział trzy razy, wielu kolegów zginęło. Ostatecznie zostali rozbici przez przeważające siły wroga w Puszczy Kampinowskiej.
Kto przeżył, dostał się do niewoli, a w parę tygodni później w pamiętny dzień, 17 września 1939 r. trafił do Stallagu 1, a znajdującego się w Prusach Wschodnich w miejscowości Stabławki, w okręgu wojskowym Królewiec, gdzie hitlerowcy umieszczali tylko jeńców szeregowych i podoficerów.

W Stallagu tym przeżył głód, który dokuczał wszystkim, zimne noce, brak pościeli, nawet słomy do sienników, leków. Dzienna racja żywnościowa wynosiła około 280 g chleba, 20 g margaryny i marmolady z buraków, 0,3 l ziółek, 0,75 l zupy z brukwi i kilka ziemniaków.
W Stallagu tym przebywał też doktor Straburzyński, który uratował około 200 jeńców, u których rozpoznawał chorobę oczu – jaglicę. Chorzy tacy, jako niezdolni do pracy byli zwalniani z niewoli, ponieważ Niemcy panicznie bali się tej choroby.
Doktora z czasem zaczęli posądzać o wydawanie fałszywych orzeczeń i skazano go na śmierć. Uratował życie udaną ucieczką, dzięki współtowarzyszom niedoli.
Jeńcy w Stallagu co parę tygodni byli badani przez niemieckich lekarzy. Zdrowych wysyłano do pracy w rolnictwie. Pośród zdrowych, zdolnych do pracy znalazł się też Jan Sędecki.
Został przydzielony do grupy jeńców, których wywieziono do bauera mieszkającego w Schulzenwalde pod Gomninen, gdzie przebywał do wyzwolenia.
Pomimo 16 godz. pracy i małego zarobku (54 fenigów na dzień) warunki znacznie się poprawiły.
Jan Sędecki trafił do dobrych ludzi. Hans Stahl posiadał duży majątek i zatrudniał kilkudziesięciu jeńców. W dniu 10 lutego 1945 roku Jan był już wolny i powrócił do rodziny. Do 1951 r. pracował w swoim zawodzie. W okresie stalinowskim, kiedy zaczęto likwidować nawet najdrobniejsze prywatne zakłady był zmuszony pożegnać swoją ulubioną pracę.
Przez kilka lat do 1963 roku pracował dorywczo w sezonie i handlował owocami, a od 1963 r. podjął pracę strażnika w Spółdzielni Inwalidów „Ochrona Mienia” Gniezno z siedzibą w Kaliszu gdzie w 1970 r. osiągnął emeryturę. Zmarł 7 czerwca 1996 r.

Pan Marian Jarecki pisał w „Gazecie Słupeckiej” nr 26/96 we wspomnieniu pośmiertnym: „Od wielu lat codziennie spoglądałem w okno Jego pokoiku, gdy przechodziłem tą ulicą, ale od szeregu miesięcy już się tam nie ukazywał. Był bardzo ciężko chory.
To szczytowe okno domu stojącego na mojej ulicy, jakoś szczególnie polubiłem. Było dla mnie symbolem, bo w tym słupczaninie widziałem historię naszego miasta i wszystkiego co się działo w latach młodości moich rodziców i dziadków. Był dla mnie jednym z mistrzów profesji szewskiej, zawodu tak w Słupcy znaczącego w latach 20- i 30- tych.
Będę w to okno jeszcze długo spoglądał, bo nie mogę się pogodzić z myślą, że p. Jan już opuścił rodzinę i miasto, w którym przeżył przeszło 91 lat.
Pan Jan Sędecki był człowiekiem skromnym, spokojnym, zwyczajnym, nie wyróżniał się niczym szczególnym, nie stwarzał konfliktów, pozbawiony był wyniosłości. Jego zwyczajność sprawiała, że był powszechnie lubiany, o czym świadczyła rzesza przyjaciół i znajomych, która odprowadziła go na miejsce wiecznego spoczynku pomimo upalnego dnia i piekącego żaru słońca.

Ksiądz Jan Siedlecki podczas homilii pożegnalnej powiedział znamienne słowa: „W wieczności jest ciągłe teraz, nie ma pojęcia czasu, ale gdy przekroczymy tę drogę idziemy przez świat, którym możemy się zachłysnąć, w którym możemy się zagubić, co często się obserwuje. Ludzie podobni są do trawy, która pięknie kwitnie, ale szybko usycha. Bóg wyznaczył nam drogę przepojoną wielką łaską, że nas kocha, wyznaczył nam drogę w nieśmiertelności”. Jan Sędecki nie zachłysnął się światem, szedł w życiu właściwą drogą, był zawsze sobą i to była też jego wielkość godna naśladowania. Był człowiekiem wiary, Chrystus był w jego życiu na czele. Swoim życiem dawał świadectwo tej prawdzie. Znał na pamięć modlitwy i litanie, które pod koniec życia odmawiał bez książeczki do nabożeństwa. Pożegnaliśmy dobrego człowieka, dobrego mistrza rzemiosła szewskiego, który swoją osobą, swoim życiem tworzył historię naszego ukochanego miasta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

ody>