Józef Piechota

Józef PiechotaMiał trzy pasje: trąbkę, brzytwę, humor. Był rodowitym słupczaninem. Urodził się 20 XII 1907 r. z ojca Franciszka i matki Elżbiety z d. Górniak. Pochodził z muzykalnej rodziny.

Miał trzy pasje: trąbkę, brzytwę, humor. Był rodowitym słupczaninem. Urodził się 20 XII 1907 r. z ojca Franciszka i matki Elżbiety z d. Górniak. Pochodził z muzykalnej rodziny. Dziadek – strażnik słupeckiej komory celnej, grał w orkiestrze dętej. Ojciec należał do chóru „Lutnia” i grał na klarnecie. A starszy brat Kazimierz też nie rozstawał się z trąbką i był członkiem strażackiej orkiestry dętej naszego miasta.
Pan Józef był niestrudzonym i niezawodnym 1-szym klarnecistą i trębaczem OSP. Grał także na skrzypcach. Trzeba tu podkreślić, że jego zamiłowanie do muzykowania wynikało, jak i u innych członków rodziny z wewnętrznej potrzeby, miał bowiem duże wrodzone zdolności i był samoukiem.

Największą satysfakcję sprawiały mu chwile, gdy do jego ust przylegał ustnik ulubionej trąbki, na której grał w różnych okolicznościach i przy różnych okazjach. Z trąbką wychodził z domu, grał w restauracjach, na rynku, w parku, na ulicy. Aż trudno uwierzyć, że przez ten instrument umiał wyrazić i smutek i nastrój i śmiech i pogrzebowy nastrój. Sam układał melodie i dobierał tony. Grał na popularnych w latach 30-tych koncertach, majówkach w parku słupeckim, który w tym czasie tonął w kwiatach i był przepełniony młodymi i dorosłymi mieszkańcami miasta. Grał na zabawach i weselach w okolicznych miejscowościach. Był też członkiem orkiestry smyczkowej Związku Nauczycielstwa Polskiego. Jego zdawałoby się zaczarowaną trąbkę przez wiele lat słychać było z chóru kościoła św. Wawrzyńca, gdzie występował solo i razem z Józefem Włodarczykiem podczas Sumy na przemian z chórem, który prowadzili niestrudzeni organiści Franciszek Witucki, a następnie Andrzej Kamiński. W szczytu jego kariery muzycznej wieża kościoła w maju rozbrzmiewała majowymi pieśniami Maryjnymi.

Pan Józef co dzień wdrapywał się krętymi schodami na tę wieżę i grał wiązanki pieśni maryjnych. Był to swego rodzaju dzisiejszy Apel Jasnogórski, na który my gromadziliśmy się co dzień o godz. 21.00 w Świątyni. Niezapomniane są już po wojnie, a szczególnie w latach 50-tych wystąpienia mistrza trąbki podczas błogosławieństwa przy otwartym ołtarzu Bożego Ciał, kiedy to niespodziewanie wyłaniał się w tłumu, wyjmował zza marynarki swoją trąbkę i grał hejnał chlebowo-dziękczynny. Były to ciężkie lata terroru i nagonki władz nie tylko na kościół ale nawet na taki indywidualny występ nikomu niczym nie grożący, po którym trębacz musiał znikać, bo był ścigany przez szpicli UB. Przez 2 kolejne lata był wcześniej w Boże Ciało zamykany na kilka godzin, aby udaremnić mu granie hejnału. Te chwile przepięknej melodii granej podczas błogosławieństw najczęstszego sakramentu wyciskały łzy parafian i podniosły każdego patriotę na duchu przybliżając myśl, że nadejdą kiedyś dni wolności.
Pan Józef Piechota ożenił się w roku 1938 z Marią Sendecką ze Słupcy. Mieszkał przy ulicy Sukienniczej 8, a następnie przy numerze 11, gdzie miał też swój zakład fryzjerski. Był człowiekiem niesamowicie pracowitym, pełnym zapału do swego zawodu, pełnym uprzejmości a nade wszystko humoru. Z małżeństwa urodziło się dwoje dzieci. W 1940 r. syn Tadeusz i w r. 1946 córka Elżbieta. Czasy okupacji dotknęły, jak wielu słupczan również jego rodzinę. Został wysiedlony do Mińska Mazowieckiego, gdzie pracował przez całą okupację. W latach 45-48 przeżył wielką tragedię. Zmarły mu dzieci. Te przedwczesne zgony przeżywał do śmierci. Nie mógł się z tym pogodzić. Szukał ukojenia w alkoholu aż został uzależniony od tego nałogu. Stał się uczulony na krzyk i płacz dziecka. Gdy spostrzegł podczas strzyżenia, czy golenia klienta przechodzące ulicą dziecko, podbiegał do drzwi zakładu i odprowadzał je wzrokiem, a nawet wołał, by pozbyć się cukierków, które zawsze miał w kieszeniach marynarki. Miał wielki szacunek do ludzi starych, ułomnych i kalekich. Starsze osoby zawsze przeprowadzał na przejściach i skrzyżowaniach ulic. Charakterystyczne dla niego było to, że chodził tylko po liniach prostych, co widoczne było na ulicach i placach, gdziekolwiek się znalazł.
Słupczanie najwięcej pamiętają go z humoru jego rymów, które sam układał, którymi stale się posługiwał, co dawało jemu i innym zadowolenie i uśmiech tak potrzebny każdemu w życiu. Językiem rymów mówił przez szereg lat do każdego i w każdej sytuacji. Udało się wydobyć z pamięci własnej, przyjaciół i znajomych kilkanaście rymów, które pragnę przytoczyć:

„Hitler złoty nauczył nas roboty i my zwarci, gotowi – poddaliśmy się Hitlerowi”

„Na dachu Piechoty kochają się koty”

„Będzie padał deszcz majowy, bo z wieży kościoła wyskoczyły sowy”

„Mija Piechoty wiek złoty”

„Gdy Piechoty braknie wreszcie, pusto będą mieć w areszcie”

„Kiedy ranne wstają zorze to Piechota jeszcze może, gdy południe nam zawita to Piechota jest już kwita, a pod wieczór chęć mnie bierze, by pochwalić Boga szczerze”

„Maszynka strzyże, brzytwa goli, nawet tego co jest z roli”

„Fryzjer Józef mistrz słupecki, gra i goli, lubi kiecki”

„U Piechoty zostaw włosy, wyjdziesz ładny i nie bosy”

„Trąbka gra, klarnet gra gdy Piechota chęci ma”

„Brzytwa w ręce Piechoty, odwaliła masę roboty”

„Matyjasik władzy służy Matyjasik siłę ma a Piechota choć nieduży zawsze radę sobie da” (pan Matyjasik milicjant słupecki”

„Ja jestem Piechota stoję koło płota, może przyjdzie moja złota”

„Całuj kwiaty, nawet liście Nie daj buzi komuniście Nie daj buzi peperowi bo ci buzię upaństwowi”

„Na 1 maja pocałuj Piechotę w …”

„Niech pochód idzie równo bo Polak nie może wejść w …”

„Piechota znany w mieście a Matyjasik w areszcie”

Właścicielowi restauracji, który nazywał się Wróblewski i wyprawił go z zakładu po godzinach urzędowania powiedział: „czekaj, czekaj jeszcze, jak te wróble na dachu będziesz trząsł się i ty ze strachu”.
Pijanemu, który wpadł do wykopu po wapnie obok przytułku, zamiast wyciągnąć go powiedział: „Dzień dobry jak się pan czuje? Jakie plany w tej scenerii pan snuje?”.

Zmarł po nieszczęśliwym wypadku samochodowym w dniu 12 maja 1953 r. Parę minut po wypadku jeszcze leżąc na ulicy powiedział ostatni rym: „Będzie w Słupcy więcej chleba bo Piechota idzie do nieba”.
Pracowity i ciekawy ten Słupczanin, który służył Bogu i człowiekowi spoczął na słupeckim cmentarzu obok swoich dzieci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

ody>