Marian Jabłoński

Marian JabłońskiNależał do osiedlonego przed wiekami, rolniczego rodu. Pierwsze zapisy w księgach urodzin datują się już w 1783 r. , kiedy przyszła na świat Marianna Jabłońska i w 1789 r, gdy urodził się Józef Jabłoński.

Należał do osiedlonego przed wiekami, rolniczego rodu. Pierwsze zapisy w księgach urodzin datują się już w 1783 r. , kiedy przyszła na świat Marianna Jabłońska i w 1789 r, gdy urodził się Józef Jabłoński. W tym rodzie przeważali zawsze potomkowie płci męskiej, a rodziny wielodzietne, dzięki czemu nazwisko przetrwało do czasów współczesnych zarówno w Słupcy, jak i w Stanach Zjednoczonych. Marian Jabłoński był trzecim dzieckiem, urodził się 30 stycznia 1903 roku z ojca Michała i matki Franciszki z Dybalskich. Miał 6 braci: Franciszka, Piotra, Czesława, Stanisława, Władysława i Kazimierza, z których Piotr i Władysław zmarli w 1996 roku jako ostatni. Franciszek wyjechał w 1920 roku do Stanów Zjednoczonych, służył w armii generała Hallera, skończył studia chemiczne, miał syna Edwina i córkę Dorotę. Po Edwinie pozostało 12 synów. Brat Czesław w 1920 roku brał udział w wojnie z bolszewikami. Zmarł w 1974 roku. Pan Marian uczył się w znanej ze strajku szkolnego szkole u Jana Paszkowskiego przy ulicy Warszawskiej. Ojciec Michała zmarł mu w 1919 roku w kilka miesięcy po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, po wypadku podczas obróbki drewna. Na barki matki spadł obowiązek utrzymania rodziny i wychowania dzieci, w czym znacznie pomagał starszy syn Marian. W 1923 roku został on powołany do służby wojskowej i służył w 5 pp. Strzelców Kaniowskich. W wojsku był razem z nim inny słupczanin Tadeusz Wolski. Pan Marian był kucharzem pułkowym i był z tego dumny, bo w tym czasie w wojsku był kimś. Po odbyciu służby wojskowej z powodu bardzo ciężkich warunków materialnych za zgodą matki zdecydował się wyjechać w poszukiwaniu pracy. W tym czasie ” za chlebem” do Stanów Zjednoczonych wyjeżdżały setki młodych ludzi ze Słupcy i okolic. Byli wśród nich koledzy : Kazimierz Burzkiewicz i Bronisław Dencer.

Pieniądze na podróż Marian pożyczył od Ireny Konińskiej. Pracę otrzymał w Kanadzie w Stanie Newada, w pobliżu miasta Camlox, gdzie pracował przy budowie kolei wiodącej na Alaskę. Po 5 latach powrócił do domu, oddał zaciągnięty przez lata dług oraz nabył od ciotki Franciszki Dybalskiej plac, wybudował dom mieszkalny i budynki gospodarcze. Nabyta działka usytuowana była przy ulicy 3 Maja, obok działki rodziców. Ożenił się z panną Władysławą Dybalską, córką zamożnego słupeckiego gospodarza. Ślub odbył się w kościele św. Wawrzyńca. Jak kiedyś wspomniał – nic za to nie płacił, ponieważ dużo pracował społecznie przy kościele oraz przy budowie szkoły powszechnej. Na każdą prośbę ks. Proboszcza Franciszka Szczygłowskiego stawał do pracy. Woził z Pyzdr i z innych miejscowości drewno, żwir, cegłę i dachówkę końmi ojca Michała, a po powrocie z wojska już swoim zaprzęgiem. Pomagał też przy pracach remontowych w kościółku św. Leonarda. Przed wojną 1939 r. Należał razem z braćmi Piotrem i Kazimierzem oraz najbliższymi kolegami Stanisławem Święcickim, Lucjanem Dybalskim, Feliksem Dolatą i Kazimierzem Kaczmarkiem do narodowców. Znał się dobrze z Alfonsem Dzierżyńskim, który w czasie wojny mieszkał w jego rodzinnym domu.

W 1939 r. Został powołany do służby wojskowej w Armii Poznań, gdzie przeszedł piekło ognia nad Bzurą. Służbę odbywał w artylerii. Pod wsią Piątek jego batalion współdziałający z kawalerią rozbił dwukrotnie większy niemiecki oddział pancerny, niszcząc około 40 czołgów. Pomimo kilku zwycięskich ataków oddziały polskie zdziesiątkowane i rozproszone uległy zgrupowanym jednostką niemieckim. W Puszczy Kampinoskiej Marian dostał się do niewoli, skąd został wywieziony do obozu przejściowego w Ostrzeszowie, a następnie do Reiland. Brudny, głodny, będący u kresu sił dostał pracę w fermie u bauera Reinartza. Niemiec na szczęście był dobrym człowiekiem, nie gonił do pracy, nie karał, a nawet pozwolił słuchać w radio wiadomości z Londynu, które pan Marian przekazywał kolegom przydzielonym do sąsiednich gospodarstw. Za słuchanie radia groziła śmierć, o czym dobrze wiedział chlebodawca, który ostrzegał p. Jabłońskiego o grożącym ze strony odwiedzających fermę strażników niebezpieczeństwie nie bezpieczeństwie. Niemiec był wrogiem nazizmu i Hitlera. W 1941 r. Pozwolił nawet p. Marianowi odwiedzić rodzinę w Słupcy i udzielił mu 2 – tygodnie urlopu. Żona bauera dzieciom polskiego robotnika kupiła ubranka, ofiarowała skórki lisie i baranie, które wysłała do Słupcy. Pod koniec wojny Niemcy z obawy, by jeńcy nie przedostali się do wojsk alianckich, przenieśli wszystkich Polaków z Reiland w głąb Niemiec do Westfalii. W Dortmundzie zapędzili wszystkich jeńców, brudnych po kilku dniach nowej tułaczki, do łaźni. W tym czasie nad miasto nadleciały alianckie samoloty, które bombardowały zaciekłe większe obiekty. Kilku jeńców – w tym Marian Jabłoński – zdołało wyskoczyć z budynku, który już po chwili stał się kupą gruzów. W łaźni, w którą trafiła bomba, zginęło około 300 żołnierzy polskich i kilku Niemców z eskorty. Podczas tego nalotu zginął też Mieczysław Główczyński, brat Lucjana ze Słupcy, który mimo próśb p. Mariana nie wyszedł na zewnątrz. Po bombardowaniu odnalazło się 6 żywych Polaków, których zebrał p. Jabłoński. Udali się do miejscowości Datel, a następnie do Peklun, gdzie szukali pożywienia i pracy.
Pan Marian został przyjęty przez nowego bauera Amfekampta. Pozostali koledzy otrzymali lokum u sąsiednich gospodarzy. W 1944 r. Niemcy wywłaszczyli w Słupcy z gospodarstwa żonę z dziećmi Tadeuszem i Stanisławą, których wywieźli do Westfalii. W transporcie tym jechali też: wysiedlony brat żony Władysława – Marian Dybalski, Lucjan Kamiński, Marian Radosiewicz, Stefan Grześkiewicz z żoną i siostry Wyszyńskie. Gospodarstwo zostało pozostawione na łaskę losu, a następnie zajęte przez sprowadzonego z Pomorza Niemca. O losie żony i dzieci p. Marian dowiedział się z korespondencji z Józefem Kaczmarkiem ps. „Waligóra”, późniejszym pułkownikiem Wojska Polskiego na Zachodzie, członkiem AK, działaczem niepodległościowym. Po zajęciu Westfalii przez aliantów p. Marian, podobnie jak tysiące polskich niewolników odzyskał wolność. Po paru tygodniach udało się mu odszukać żonę i dzieci. Rodzina wróciła do Słupcy jesienią 1946 r. Po latach opowiadał mi, że miał wówczas możność wyjechać z Dortmundu do Stanów, gdzie mieszkała rodzina i jego matka chrzestna Teofila Spławska (siostra ojca), lecz tęsknota do ziemi ojczystej, najbliższej rodziny i gospodarstwa były silniejsze. Powrócił na ojcowiznę. Gospodarstwo od początku wymagało wielu ofiar, dobiły je wysokie obowiązkowe dostawy, na które trzeba było kupować zboże za trzykrotnie wyższą cenę od płaconej przez państwo. Pomagała mu przetrwać głęboka wiara i nadzieja, że nieludzki system totalitarny kiedyś minie. Pomimo rozlicznych trudności był pogodnego usposobienia, często nucił pieśni patriotyczne, legionowe i kościelne. Nie udzielał się nigdzie społecznie, raczej był domatorem, ale interesował się życiem miasta i polityką światową. Bardzo ładnie grał na zwykłych organkach. Kochał dzieci, lubił wspominać dawne lata, miał dużo wiedzy o mieście, o wydarzeniach związanych ze Słupcą. Do śmierci miał dobrą pamięć. Bardzo ceniłem tego słupczanina, który był żywą encyklopedią cząstki dziejów naszego miasta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

ody>