Polska żyje

Polska żyje 	Moja dzisiejsza opowieść będzie dotyczyła gminy Ostrowite – małej ojczyzny, z której pochodzę i z której wywodzą się moi dziadkowie i po mieczu i po kądzieli. Mam dla tej gminy szczególny sentyment i o niej chciałbym w tym cyklu najwięcej opowiedzieć.

Historia w ogóle jest moja wielka miłością, a historia tego regionu szczególnie. Dlatego zawsze mnie interesowało, jak przebiegał tam okres okupacji, czy społeczeństwo tej gminy pokusiło się o jakakolwiek działalność konspiracyjną. Zacząłem wiec szperać, żeby uchwycić nić. W latach 70-tych udało mi się to. Żyło jeszcze wtedy wielu przyjaciół mojego ojca, z których dwaj bracia, Jan i Franciszek Silscy z Siernicza Wielkiego wspomnieli kiedyś w rozmowie o podziemnej bibule. I to była ta moja nić, wątek, który uchwyciłem. Niewiele się dowiedziałem od nich, bo to był akurat taki okres, lata 70-te, w którym nikt nie był chętny do zwierzeń. Ale tak się jakoś szczęśliwie złożyło, że poznałem w Słupcy człowieka, pochodzącego z mojej gminy, pana Czesława Toma-szewskiego, o którym wiedziałem, że ma bogatą przeszłość okupacyjną. Okazało się, że pan Czesław, z którym się wkrótce zaprzyjaźniłem, to nie tylko prawdziwa skarbnica wiedzy o podziemnej działalności okupacyjnej na terenie gminy Słupca, ale również człowiek, który brał w tym wszystkim bezpośredni udział.

Gmina Ostrowite w początkach okupacji miała bardzo dużą mniejszość niemiecką. Ci ludzie zasymilowali się ze społecznością polską. Jednak w latach 30-tych hitlerowcy swoją podziemną działalnością przeciągnęli większość z nich na swoją stronę i w 39 roku ci miejscowi Niemcy odwrócili się od swoich polskich przyjaciół. Gmina znalazła się w dziwnej i trudnej sytuacji. Już w październiku 39 roku kilkoro przyjaciół, ludzi, którzy mieli do siebie zaufanie, postanowiło stworzyć grupę konspiracyjną i dla pokrzepienia serc wydawać podziemne pisemko. I to się udało. Byli to: pan Czesław Tomaszewski z Posady, pan Bronisław Ruszkowski, sekretarz gminy w Ostrowitem, pan Władysław Chwiłowicz, inżynier z Jarotek, pan Tadeusz Leśnikowski z Michałowa, pan Wincenty Trzeszczyński , pracownik Urzędu Gminy w Ostrowitem, panowie: Jan, Franciszek i Adam Silscy – trzej bracia, z których Jan i Franciszek mieszkali w Sierniczu Wielkim, a Adam w Ostrowitem, pani Maria Godlewska z Dobrosołowa, pan Stanisław Tobiański z Ostrowitego, pan Pawlak, nauczyciel z Kozarzewa i pan Gruchalski z Kamionek, radiotechnik. Ta grupa, nie związana z żadną partią polityczną, na początku 40 roku została zaprzysiężona przez pana Ruszkowskiego jako grupa konspiracyjna. Jej członkowie uważali wydawanie tajnej gazetki za swój patriotyczny obowiązek. Polacy bardzo potrzebowali wtedy żywego polskiego słowa, które Niemcy systematycznie niszczyli. Już w listopadzie 39 roku ukazał się więc pierwszy numer pisemka, które nazywało się „Polska żyje”. Redaktorem jego był pan Władysław Chwiłowicz. Początkowo gazetkę wydawano pisząc przez kalkę na maszynie, wypożyczanej konspiracyjnie z Urzędu Gminnego w Ostrowitem. Pisano po obu stronach papieru ze względu na oszczędność. Jednorazowo wydawano ok. 100 egzemplarzy.

Szczególna rola przy wydawaniu tego pisemka przypadła panu Czesławowi Tomaszewskiemu. Jemu powierzono zorganizowanie radioodbiornika i zakonspirowanie go, jak również całą techniczną obsługę informacyjną. Pan Czesław radio zdobył, a schował w szopie, w gospodarstwie swoich rodziców we wsi Posada, w skrytce pod warsztatem stolarskim. Tam właśnie słuchano rozgłośni z Londynu, Madrytu, Tuluzy i Mediolanu, skąd pochodziła większość informacji, bo tylko niewielka ich część dotyczyła życia gminy. Pan Tomaszewski i jego rodzina podjęli olbrzymie ryzyko, bo wtedy za posiadanie radia, jak też nielegalnej gazetki, w najlepszym wypadku można było wylądować w obozie koncentracyjnym. Było to uważane przez Niemców za swego rodzaju przestępstwo polityczne.

Mistrzem w kolportażu gazetki okazał się pan Jan Silski, którego dobrze znałem, bo był przyjacielem mojego domu. Pomagali mu bracia. Pisemko docierało daleko poza Ostrowite, czytano je w Kleczewie, Dobrosołowowie, w Kozarzewie,a nawet dalej, bo każdy, kto przeczytał taką bibułę konspiracyjną , miał obowiązek podzielić się informacjami z kimś zaufanym. Pomimo ogromnego ryzyka gazetka wychodziła regularnie do końca 42 roku, a od 43 roku – sporadycznie, redagowana przez pana Ruszkowskiego i pana Jana Silskiego. Trudno dziś ustalić, kiedy dokładnie przestało się ukazywać. Według pana Tomaszewskiego miały na to wpływ represje wobec całej grupy. Pan Czesław jest zresztą jedynym żyjącym jej członkiem, toteż jemu chciałbym poświęcić nieco więcej uwagi.

Pan Czesław Tomaszewski urodził się w Posadzie w gminie Ostrowite. Rodzina Tomaszewskich, zresztą bardzo liczna, była znana w swojej gminie. Ojciec był cenionym społecznikiem, a jego synowie wychowywali się w kulcie pracy i patriotyzmu. Pan Czesław po wojsku podjął naukę w Technikum Rolniczym w Inowrocławiu, szkole o bardzo wysokim poziomie nauczania, w której uczono nie tylko technik rolniczych, ale także architektury wiejskiej. W 39 roku pan Czesław został powołany do wojska, do pułku, w którym wcześniej odbył służbę wojskową – 68 Pułku Piechoty we Wrześni. Po kampanii wrześniowej wrócił do domu i zajął się działalnością konspiracyjną, przy czym – jako niespokojny duch – na tzw. lewych dokumentach miał kontakty z osobami zaangażowanymi w konspiracji nie tylko w Ostrowitem, ale i w Generalnym Gubernatorstwie. Wtedy też przeprowadzał przez zieloną granicę ludzi zagrożonych tutaj aresztowaniami. Uratował bardzo wiele osób, jedną z nich był proboszcz parafii w Ostrowitem, ksiądz Antoni Radomski.

W 42 roku panu Czesławowi zaczął się już palić grunt pod nogami i sam znalazł się w Generalnym Gubernatorstwie. Tam związał się z szeroką konspiracją, od 42 do 45 roku był żołnierzem Armii Krajowej i działał w jej strukturach. Po wejściu Rosjan został aresztowany przez NKWD, przekazany Urzędowi Bezpieczeństwa, od września do listopada 44 roku przebywał w więzieniach. Powtórnie wydany w ręce NKWD, znalazł się na Ukrainie w kilkusetosobowej grupie żołnierzy AK. Miał szczęście, że nie udowodniono mu przynależności do AK i nie wywieziono na Sybir, dostał się za to do karnej kompanii 1 Armii Wojska Polskiego, gdzie stosowano wobec żołnierzy tzw. rozpoznanie walką, co oznaczało ogromne ryzyko utraty życia. Panu Czesławowi mimo to udało się przeżyć i kiedy wojna się skończyła, zostawił swoją jednostkę. Umundurowany, z bronią , ale za to bez dokumentów, wrócił do domu. Tymczasowy dowód tożsamości oznaczał dla niego uzyskanie cywilnej podmiotowości, cały czas jednak UB miało na niego oko. Dopiero po 56 roku, po przełomie politycznym, pan Tomaszewski wrócił do normalnej działalności obywatelskiej. Zorganizował wtedy w Jarotkach kółko rolnicze, był działaczem spółdzielczości wiejskiej, założył rodzinę.

Losy przyjaciół pana Czesława z grupy konspiracyjnej potoczyły się różnie. Najtragiczniej – pana Tadeusza Leśnikowskiego, który został stracony w maju 50 roku. Pan Władysław Chwiłowicz za przynależność do AK przesiedział 7 lat w więzieniach, wrócił ze zrujnowanym zdrowiem. Pan Jan Silski, jako prezes PSL, w początkach lat 40-tych w Ostrowitem był tylko pod obserwacją rezydenta UB, ale zawsze – jak mi wiadomo- uważany za człowieka „nie naszego”. Mam nadzieję, że informacje, jakie udało mi się zebrać i przedstawić czytelnikom, przyczynią się do tego, że dzieci i wnukowie ludzi, o których mówiłem, dowiedzą się o nich czegoś więcej. Chciałem za pośrednictwem waszego „Kuriera” uchronić ten fragment historii mojej małej ojczyzny od zapomnienia.

Autor: Stanisław Garsztka

Jeden komentarz

  1. Elżbieta Galon-Szymczak

    Czesław Tomaszewski to brat mojej babci, był wielkim Polakiem.
    Dziękuję Panu Stanisławowi Garsztka za spisanie tej historii, dzięki niemu dowiedziałam się tyle wspaniałych rzeczy o mojej rodzinie. Niestety obaj już nie żyją.
    Cześć ich pamięci!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.