Zakład

ZakładPoznań Ławica kojarzy się Wielkopolanom jednoznacznie. Na przełomie pierwszej i drugiej dekady XX wieku powstało tu niemieckie lotnisko. Systematycznie rozbudowywane, było w czasie pierwszej wojny światowej dużą bazą niemieckiego lotniska wojskowego.

W czasie Powstania Wielkopolskiego, 6 stycznia 1919 roku Ławica została zdobyta przez powstańców. Pozwoliło to na utworzenie – w oparciu o zdobyte samoloty – eskadr lotnictwa wojsk wielkopolskich. Zaopatrzono też w sprzęt lotniczy odrodzone lotnictwo wojskowe Polski niepodległej. To opowiadanie związane jest z lotniskiem na Ławicy, bo tam wiosną 1912 roku rozpoczęła się i zakończyła niezwykła przygoda młodego niemieckiego oficera arystokraty.

Wieś polska w pasie przygranicznym w początkach XX wieku była wsią spokojną, życie toczyło się tam według utartego schematu. Nowinki techniczne były bardzo skąpe – poza maszyną parową do młócenia i innymi mniejszymi urządzeniami, zwłaszcza w zakładach przetwórczych, takich jak gorzelnie czy młyny parowe, w zasadzie technika nie funkcjonowała w dzisiejszym pojęciu. I nagle zdarzyło się coś, co zburzyło ten spokój. Miało to miejsce późną wiosną 1912 roku, w niedzielę. Ludzie wychodzący z nabożeństwa z kościoła parafialnego w Ostrowitem, zostali zaskoczeni niezwykłym zjawiskiem: usłyszeli warkot i szum w powietrzu. Zdziwieni podnosili głowy, nie wiedząc, co się dzieje. Po raz pierwszy zobaczyli maszynę cięższą od powietrza (zwaną wówczas aeroplanem), która zataczała koła dość nisko nad Ostrowitem. Reakcje były różne – od podziwu po przestrach. Grupa starszych kobiet uklękła i zaczęła się modlić, bo ”diabeł w powietrzu jedzie piecem”. Tymczasem nie był to diabeł jeżdżący piecem, a jeden z pierwszych samolotów pilotowanych przez człowieka, który spokojnie okrążał sobie tę małą parafialną wioskę, aż w pewnym momencie skręcił na północ, zrobił wielkie koło nad kilkoma wsiami i wylądował na równym polu, blisko zabudowań majątku Siernicze Wielkie. Ludzie, którzy właśnie wyszli z kościoła, czym prędzej pospieszyli, żeby to dziwo obejrzeć. Jak mi opowiadali naoczni świadkowie, którzy już nie żyją (z wyjątkiem jednego z nich, wówczas 7- letniego chłopca ), w ciągu ok. dwóch godzin zgromadziło się tam paręset ludzi. Z maszyny wysiadł elegancki, młody mężczyzna, który łamanym językiem rosyjsko – polskim po-wiedział, że chce się zobaczyć z właścicielem majątku. Zaprowadzono go do dziedzica majątku Siernicze Wielkie pana Adama Iwańczyka, z którym już przybysz mógł się swobodnie porozumieć. Obaj panowie wrócili do samolotu. W między-czasie jednak zdążył przyjechać 6- osobo-wy patrol rosyjskiej straży granicznej ze strażnicy w Sierniczu Wielkim. Dowodzący tym patrolem podoficer dosyć bezceremonialnie zwrócił się do przybysza z pytaniem, kim właściwie jest i co tu robi, na co tamten odparł, że jest pilotem niemieckim, a zmuszony był wylądować, bo zabłądził i chciał się dowiedzieć, gdzie jest. Podoficer oświadczył Niemcowi, że naruszył granicę i zostanie zatrzymany, a „tego czorta” -samolot, trzeba będzie rozebrać i zawieźć do powiatu. Perswazji młodego lotnika nikt nie chciał słuchać. Dowódca żandarmerii ostrowickiej zarządził, aby ówczesny sołtys wsi Siernicze Wielkie – a mój dziadek, Mikołaj Garsztka – wyznaczył 4 parokonne wozy, tzw. podwody, żeby rozebrane dziwo załadować i zawieźć do Słupcy, do powiatu. Prawdopodobnie tak by się to skończyło, gdyby nie pojawił się drugi, tym razem 12- osobowy patrol rosyjskich wojskowych z Wilczyna – prawdopodobnie już z oficerem. Teraz dialog między lotnikiem, dziedzicem Iwańczykiem a przybyłym oficerem buł już zupełnie inny. Po kilkunastu minutach rozmowy przystano na propozycję niemieckiego pilota, żeby zamiast rozbierania „czorta”, odstawić go na wyznaczone przez oficera miejsce. Ustalono, że lotnik będzie samolot prowadził wzdłuż drogi od Siernicza Wielkiego do Słupcy przez Naprusewo, Giewartów, Kochowo i Piotrowice. Towarzyszyć mu miał w samolocie rosyjski podoficer, a drogą 6- osobowy patrol wojskowych. W razie zmiany trasy, eskortujący Rosjanie mieli zacząć strzelać. Samolot wystartował, patrol ruszył. Konni jeźdźcy rosyjscy nie mieli problemu z nadążaniem, bo ówczesne samoloty nie rozwijały dużej szybkości. Wszystko szło zgodnie z umową do krzyżówki dróg w Kochowie. Granica miała tu niecałe 150 metrów. Właśnie w tym miejscu lotnik wykręcił gwałtownie w prawo, przekraczając granicę rosyjsko – pruską. Podoficer w samolocie zagroził mu pistoletem i żeby Rosjaninowi odebrać animusz, lotnik zaczął robić ewolucje powietrzne nad samym lustrem Jeziora Powidzkiego tak, że w Rosjaninie podobno „duch zdechł”. Tym sposobem Rosjanin i Niemiec wylądowali z powrotem na lotnisku wojskowym w Poznaniu na Ławicy. Przyczyną całego tego dziwnego zajścia, jak się okazuje, był zwykły zakład, do jakiego doszło wśród oficerów elitarnego pułku lotnictwa niemieckiego w Poznaniu. Nowopowstałe lotnictwo armii niemieckiej miało bowiem kadrę, składającą się w przeważającej części z arystokracji. Jeden z młodych oficerów, podobno książę, spokrewniony z niemieckim domem panującym założył się na jakiejś bardzo wesołej zabawie, że przekroczy granicę, usiądzie gdzieś na polu i Rosjanina w mundurze do Poznania przywiezie. Rzeczywiście musiało chodzić o zakład, bo konfrontowałem to z kilkoma pamiętającymi zdarzenie rozmówcami i wszyscy byli co do tego zgodni. Zresztą postawa, jaką prezentowali wówczas niemieccy oficerowie każe się domyślać, że taki pozornie nieprawdopodobny zakład był możliwy. Rosjanin, który towarzyszył Niemcowi w locie, nie doznał najmniejszego uszczerbku.

Autor: Stanisław Garsztka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

ody>