Fryzjerstwo, czyli praca z włosami, na włosach… to swego rodzaju rzemiosło artystyczne tyle, że na żywym organizmie. – Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie zajmować się czymś innym w życiu – mówi Justyna Fronczak, właścicielka salonu Nowy Styl ze Słupcy.
Fryzjerzy i styliści w ciągu całej swojej kariery odtwarzają dla swoich klientów wizję ich samych, nieczęsto stając na głowie by sprostać oczekiwaniom. I warto też dodać, że rzemiosło fryzjerskie cały czas się rozwija… na dobre.
– Nigdy nie zastanawiałam się długo nad wyborem zawodu, w gimnazjum wiedziałam, kim chcę zostać. Zdawałam sobie też sprawę z tego, że to ciężki i wymagający zawód. Pamięcią sięgam chwili, kiedy do mojej mamy przychodziła fryzjerka, czesząc ją. Wtedy cały czas przyglądałam się jej pracy, efektom. Z zachwytem patrzyłam na to co robi i jak robi. I teraz już wiem, że to wtedy już dało mi szansę nakreować przyszłość, to co teraz robię. I gdyby ktoś zadał mi pytanie, czym czym oprócz fryzjerstwa chciałabym się zająć w życiu, nie odpowiedziałabym, bo to moja pasja, mój sposób na spędzenie czasu i mój wymarzony i wyuczony zawód – mówi Justyna.
W Golinie skończyła gimnazjum, w Koninie szkołę zawodową. Praktyki odbywała w golińskim zakładzie, i tutaj właśnie utwierdziła się w przekonaniu, że dobrze w życiu wybrała. Sięgając pamięcią uważa, że te 3 lata były pełne nowych wyzwań i wrażeń. Jej pierwszą modelką była mama Danuta, na której bez przerwy testowała obcięcie i upięcia. Żartobliwie dodaje, że z włosów do pasa, mamie zostały o wiele krótsze. – Pamiętam jej pierwszy kok, który upięłam na wesele. Wytrzymał do rana. Ale wtedy była radość i osobista satysfakcja- nadmienia.
Po jakimś czasie przeprowadziła się do Słupcy. I zapewne wielu z nas pamięta jej pracę w Yellow Head. Tutaj właśnie przepracowała 13 lat, jednak w głowie zawsze tliła się myśl o własnym zakładzie. – Pracę w Yellow wspominam bardzo dobrze. Wielu cennych rzeczy nauczyłam się właśnie tam, pod bacznym okiem szefowej – pani Beaty. Kiedy zdecydowałam się, że odejdę na swoje, trzy miesiące chodziłam codziennie do pracy z myślą, „dziś szefowej powiem o odejściu”. I nie mówiłam… Ale pewnego razu odważyłam się. Jednak nie wiem czy w odpowiednim momencie. Kiedy już padła decyzja, z Yellow odeszłam, pojawił się covid, więc wiadomo, jak to wyglądało. Ale teraz z perspektywy czasu dało mi to możliwość odbycia kursów i niezbędnych szkoleń on line. Nie mogłam myśleć, że się nie uda. Musiało się udać. Chciałam łączyć to co kocham z tym, co w życiu robię i do tego dążyłam – mówi Justyna.
Z przejściem na ulicę Poznańską 1 w Słupcy miała już umówione pierwsze klientki i jak dodaje, fryzjerstwo nigdy ją nie ludzi, a pracując odpoczywa. – Możesz obcinać sto razy, robić koloryzację 200 razy i zawsze wychodzi jakoś inaczej. Bo we fryzjerstwie jest tak, że nigdy nie zrobisz czegoś identycznie ze zdjęcia, nie upniesz włosów tak samo, tak samo też nie będzie wyglądać osoba, która przychodzi ze zdjęciem z tą osobą ze zdjęcia. Czy w zdarzały mi się fryzjerskie wpadki? Oczywiście, że tak. Ale to też wyszło na dobre. Otóż któregoś razu pewna klientka zażyczyła sobie blond. Niestety pomyliłam kolor farby i po kilku minutach koloryzacja zaczęła przybierać zielonkawy kolor. Omal nie zemdlałam z wrażenia. Szybko zaczęłam myć włosy, jednak już w części farbę przyjęły. Jednak pani była dość oryginalna, chciała być widoczna i stwierdziła, że nie mam za co przepraszać, bo kolor ma oryginalny. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po półtora miesiąca odwiedziła mnie ponownie z pomysłem koloryzacji, jednak już nie zielonej – śmieje się Justyna.
Zapytana o to, co jest w jej pracy ważne? Odpowiada, że z pewnością kontakt z klientem. Dużo się rozmawia, a co za tym idzie, dużo ludzi poznaje się historii, tych zwykłych i zarazem niezwykłych. – Mówi się, że fryzjer to dobry psycholog. Upiększa głowę, a przy tym i duszę – tłumaczy.
Jak dodaje, fryzjerstwo przeszło spore przeobrażenie, z upinanych, na sztywno upinanych koków, które nosiły praktycznie wszystkie kobiety, do upięć lekkich, czasem loków, ale zasada jest jedna, by wyglądało jak najbardziej naturalnie.
– Czy mam dar do czesania? W jakiś stopniu zapewne tak. Trudno powiedzieć, czy to dar, bardzo mi miło, jak ktoś tak mnie ocenia, jak ktoś jest zadowolony jak odchodzi i wraca po jakimś czasie ponownie. W życiu wygląda to tak, że jak masz predyspozycje, wiedzę, umiejętności, ciągle się rozwijasz i poznajesz kolejne techniki fryzjerskie, no i dodajesz do tego wyobraźnię, logiczne myślenie oraz ciężką stojącą kilkugodzinną pracę. To moja pasja. Robię to, co kocham, i poświęcam temu maksymalną uwagę. Słucham i rozmawiam z klientem, bo doskonała komunikacja, o czym wspomnieliśmy wcześniej, według mnie ma znaczący wpływ na efekt końcowy. Każdy, kto chce, może stać się dobrym lub bardzo dobrym fryzjerem. Ale to trudna i długotrwała szkoła, która wymaga skupienia, koncentracji oraz wysiłku psychicznego i fizycznego – powiedziała kończąc.
DR.





















