W Polsce założył pierwszy klub kibica – ukochanego Ruchu Chorzów, w Paryżu komitet wspierający polskich olimpijczyków. W swoim domu gościł najwybitniejszych polskich sportowców. Jerzy Sturtz, choć większość życia spędził we Francji, jest mocno związany z gminą Strzałkowo.
Dwa tygodnie temu na naszych łamach przedstawiliśmy historię rodziny Becelewskich i ich domu w Słomczycach Parcele. W drugiej połowie lat 60. do rodziny wżenił się Jerzy Sturtz, ogromny miłośnik sportu. – Najpierw zakochałem się w sporcie, potem w żonie – wspomina z uśmiechem. Choć od prawie 60 lat mieszka we Francji, co roku razem z żoną Danielą przyjeżdża do Słomczyc Parcele, do jej rodzinnego domu. Właśnie tam opowiedział nam o swojej sportowej pasji, która towarzyszy mu przez całe życie.
Pan Jerzy pochodzi z Chorzowa. W 1948, kiedy miał 8 lat, dostał pierwszy bilet na mecz Ruchu. – Niedaleko mnie mieszkała narzeczona gospodarza Ruchu. Właśnie on, kiedy przyszedł do narzeczonej, dał mi ten bilet – wspomina pan Jerzy. Ruch wtedy występował w lidze pod nazwą Unia Chorzów, a grał z Ogniwem Kraków (dzisiejszą Cracovią). Wygrał 4:0, a pan Jerzy zakochał się w futbolu. Sam później próbował kopać piłkę, ale nie miał do tego talentu. Trenował biegi i, bez większych sukcesów, szermierkę. Zdecydowanie większe dokonania miał jako kibic. – Interesowałem się wszystkimi dyscyplinami, czytałem wszystkie dostępne gazety, nie tylko polskie – wspomina. Wiedzę o sporcie miał taką, że wygrywał liczne konkursy. Zdobył nawet Puchar Polski Kibica w konkursie organizowanym przez katowicki oddział telewizji. W 1962 r. założył klub kibica Ruchu Chorzów. – Z zagranicznej prasy wiedziałem, że takie kluby działały za granicą, ale w Polsce jeszcze nic takiego nie było. Ten, który założyłem, był pierwszy – mówi. Organizował doping nie tylko na stadionie Ruchu, ale także na meczach wyjazdowych. Często jeździł na mecze w autokarze razem z drużyną. Podczas jednego z takich wyjazdów poznał Antoniego Piechniczka. – Antek pochodził z Chorzowa, mieszkał niedaleko mnie. W tamtym czasie grał w Legii Warszawa. Po meczu Ruchu z Legią wracał do Chorzowa autokarem z drużyną Ruchu. Wtedy się poznaliśmy – wspomina pan Jerzy. Zaprzyjaźnili się, do dziś mają doskonały kontakt, regularnie do siebie dzwonią.
Pan Jerzy osobiście znał wszystkich ówczesnych piłkarzy Ruchu, a pamiętać trzeba, że w tamtych czasach klub ten był piłkarską potęgą w kraju. Przyjaźnił się z takimi gwiazdami jak Eugeniusz Faber, Joachim Marx czy Eugeniusz Lerch. Dobrze znał się też z Gerardem Cieślikiem. W domu w Słomczycach Parcele do dziś wisi zegar Ruchu, który pan Jerzy dostał właśnie od legendarnego Gerarda Cieślika.
Ciekawe były okoliczności, w których pan Jerzy spotkał Ernesta Wilmowskiego, jednego z najlepszych piłkarzy w historii Polski. Było to podczas finałów Mistrzostw Świata w RFN, w 1974 r. Pan Jerzy wybrał się m.in. na mecz o trzecie miejsce, w którym Polska 1:0 pokonała Brazylię. Razem z Teodorem Wieczorkiem, trenerem Ruchu Chorzów pan Jerzy szedł korytarzem w hotelu, w którym mieszkali polscy piłkarze. Właśnie tam spotkali Ernesta Wilmowskiego. – Chciał pogratulować Polakom sukcesu, ale nie pozwolono mu na kontakt z nikim z polskiej kadry. Wilmowski, przez swoją grę dla reprezentacji III Rzeszy podczas wojny, w Polsce był znienawidzony – wyjaśnia pan Jerzy.
W drugiej połowie lat 60. Jerzy Sturtz odpowiedział na ogłoszenie zamieszczone w gazecie Sportowiec. Antoni Becelewski, trener francuskich drużyn młodzieżowych szukał kogoś z Polski, kto zechce przesyłać mu bieżące wydania sportowych gazet. Pan Jerzy odpisał pod wskazany w ogłoszeniu adres. Nie wiedział, że ten list całkowicie zmieni jego życie. Przez kilkanaście miesięcy regularnie korespondował z Antonim Becelewskim. W 1966 r. w Polsce spotkał się z nim i jego córką Danielą. Młodzi zakochali się w sobie i w ciągu jednego dnia zdecydowali o wyjeździe do Francji. Dwa miesiące później wzięli ślub. Pan Jerzy zostawił pracę w kopalni na Śląsku. We Francji został zatrudniony jako pomocnik murarza. Później przez ponad 20 lat pracował w magazynie odzieżowego giganta – firmy Levi’s. Kolejne 20 lat przepracował jako szofer najpierw dyrektora, a później prezydenta potężnej francuskiej firmy metalurgicznej. Nigdy nie zatracił miłości do sportu. Już dwa lata po przyjeździe do Francji zgłosił się do konsulatu z propozycją utworzenia komitetu olimpijskiego w Paryżu. Chodziło o powołanie organizacji, która będzie pomagać polskim sportowcom przyjeżdżającym do stolicy Francji. Ostatecznie udało się powołać do życia sekcję sportową przy związku weteranów wojennych, która pomagała polskim sportowcom. – Jako pierwszego gościliśmy Waldemara Baszanowskiego, wybitnego sztangistę, dwukrotnego mistrza olimpijskiego. Później napisałem o nim artykuł do Przeglądu Sportowego, za co wygrałem podróż do Polski – wspomina pan Jerzy.
Później paryska organizacja gościła całą plejadę polskich sportowców, m.in. Irenę Szewińską, Jacka Wszołę, Tadeusza Ślusarskiego, Władysława Kozakiewicza, Elżbietę Krzesińską czy Władysława Komara. Większość z nich pan Jerzy gościł także w swoim domu w Paryżu. – Z Kozakiewiczem nawet trawę u sąsiadów kosiliśmy – wspomina.
Ich gościem był też m.in. Kazimierz Górski. – Pan Kazimierz był wydelegowany na jakiś kongres do Paryża. Pojechaliśmy tam razem z Tadeuszem Fogielem z Przeglądu Sportowego. Kiedy spotkaliśmy pana Kazimierza, zaprosiliśmy go do domu. Kiedy gościł u nas, przeszliśmy na ty, jeszcze długo utrzymywaliśmy kontakt – opowiada pan Jerzy.
Przyjaźnił się z wieloma polskimi piłkarzami, których los rzucił do Francji. Głównie z dawnymi znajomymi z Ruchu Chorzów, ale nie tylko. Jak chociażby z Romanem Jakóbczakiem, legendą Lecha Poznań, a później zawodnikiem francuskich klubów. Chociaż losy ich rodzin splotły się dużo wcześniej. – Z Romanem chodziłam razem do szkoły, a mój tata we Wrześni go trenował – mówi pani Daniela, żona pana Jerzego.
Za sprawą swej działalności na rzecz polskich sportowców w Paryżu pan Jerzy był zapraszany na wiele ważnych wydarzeń. Przed Mistrzostwami Europy w piłce nożnej w 2012 r. wziął udział w spotkaniu m.in. z Lechem Wałęsą, byłym prezydentem Polski i Hanną Gronkiewicz-Waltz, ówczesną prezydent Warszawy. – Formuła spotkania była taka, że zaproszono po jednym przedstawicielu z każdego polskiego miasta, w którym rozgrywane miały być mecze w ramach EURO 2012 – tłumaczy pan Jerzy.
Mocno w pamięci zapadło mu inne spotkanie, do którego doszło wiele lat wcześniej w Paryżu. W latach 70. osoboście spotkał się wówczas z Edwardem Gierkiem. – To było spotkanie w konsulacie, konsul mnie zaprosił. Pamiętam, jak Gierek zapytał, kto pochodzi ze Śląska. Ja odpowiedziałem, że znamy się z meczów Ruchu z Zagłębiem Sosnowiec. Zapadła niezręczna cisza, Gierek nic nie skomentował – wspomina pan Jerzy i wyjaśnia, że Ruch i Zagłębie, którego Edward Gierek był prezesem, delikatnie mówiąc, za sobą nie przepadały. – Raz na meczu Zagłębia ich kibicie na trybunach spalili mi chorągiew Ruchu. Było niebezpiecznie, musiałem uciekać. Przygarnęli mnie wtedy piłkarze Ruchu, wzięli mnie na ławkę rezerwowych i potem z nimi wróciłem autokarem do domu – opowiada pan Jerzy.
Ciekawych historii związanych ze sportem ma całe mnóstwo. Żartuje, że gdyby miał wszystkie opowiedzieć, musielibyśmy się umówić na całodobowy wywiad. Sportem nadal się interesuje i zapewnia, że kibicem będzie do końca życia. Panu Jerzemy dziękuję za poświęcony czas i gratuluję sportowej pasji.





















