IRONMAN — czyli kilka razy powiedziałem sobie „po co mi to było?” No i stało się… IRONMAN ukończony – pisze na swoim koncie Mirosław Marszałkowski. Choć przyznam, że scenariusz nie był idealny. Treningów było zdecydowanie mniej, niż powinno być — kontuzja skutecznie przypominała mi, że czasem ciało ma własne zdanie. Do tego sporo obciążeń psychicznych związanych z pracą, które też niekoniecznie pomagają w przygotowaniach do 3,8 km pływania, 180 km roweru i maratonu na dokładkę. A pogoda? No cóż… najwyraźniej organizator uznał, że IRONMAN bez dodatkowego poziomu trudności byłby zbyt łatwy. Na pływaniu wiatr i duże fale zrobiły swoje. Na rowerze wiatr również postanowił zostać moim osobistym trenerem — tylko że od motywowania przez cierpienie. A kiedy już wydawało się, że gorzej być nie może… awaria roweru. Krótka przerwa, trochę nerwów, trochę kombinowania i… jedziemy dalej. Bo przecież skoro już jesteśmy na trasie, to dlaczego miałoby być normalnie? A na biegu żołądek stwierdził, że on już w tym projekcie nie uczestniczy. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwy IRONMAN. Bo kiedy wszystko idzie zgodnie z planem — łatwo jest być mocnym. Łatwo mówić, że się da, kiedy ciało współpracuje, pogoda rozpieszcza, sprzęt działa, a treningi zostały wykonane książkowo. Prawdziwa próba przychodzi wtedy, kiedy plan przestaje działać, warunki są przeciwko Tobie, sprzęt robi psikusa, a w głowie pojawia się pytanie: „Czy naprawdę muszę to kończyć?” Musiałem. Nie dlatego, że było łatwo.Nie dlatego, że byłem idealnie przygotowany.I na pewno nie dlatego, że wszyscy we mnie wierzyli. Właśnie dlatego, że ja wierzyłem. Dla wszystkich niedowiarków, prześmiewców i tych, którzy lubią mówić: „Nie dasz rady”, „zobaczymy”, „to niemożliwe”, „ciekawe, czy skończy”… — mam tylko jedną odpowiedź: META. Nie muszę nikomu niczego udowadniać. Ten medal nie jest za to, że byłem najlepiej przygotowanym zawodnikiem. Jest za to, że nie odpuściłem, kiedy miałem do tego naprawdę wiele powodów. Kontuzja? Była. Problemy w pracy i głowie? Były. Wiatr? Był. Fale? Były. Awaria roweru? Oczywiście, że była. Żołądek na biegu? Oficjalnie złożył wypowiedzenie. Ale była też determinacja, charakter i wola walki. I był jeszcze ktoś, bez kogo ta historia nie byłaby taka sama — nieoceniony support Magda — która sama kręciła kilometry na rowerze, żeby być jak najbliżej, była zawsze tam, gdzie była potrzebna. Nie tylko z nawodnieniem, jedzeniem i wszystkim, czego w danym momencie potrzebowałem, ale przede wszystkim ze wsparciem, dobrym słowem i obecnością. Bo czasami na trasie najbardziej potrzebna nie jest kolejna butelka wody czy żel energetyczny. Czasami wystarczy zobaczyć znajomą twarz i usłyszeć: „Dasz radę. Jedź dalej.” Magda — dziękuję. Ten sukces jest również kawałkiem Twojej pracy, cierpliwości i wsparcia. I chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Nie zawsze wygrywa ten, kto jest najlepiej przygotowany. Czasami wygrywa ten, kto po prostu najdłużej potrafi iść do przodu, kiedy wszystko mówi mu: „odpuść”. Ja nie odpuściłem. IRONMAN — DONE. A niedowiarkom… dziękuję.Wasze wątpliwości też okazały się całkiem niezłym paliwem. Bo czasami najlepszą odpowiedzią na „nie dasz rady” jest po prostu… przekroczyć linię mety.
Źródło, fot. M.Marszałkowski














