– Ledwo przejechaliśmy granicę, zatrzymuje nas milicja. „Dakumienty!”– słyszymy od dwóch mężczyzn w mundurach. „Dima, to ty?” – mówię do jednego z nich. Na nasze szczęście był to syn mojej kuzynki, Marii. On pracuje w służbie granicznej, tak się jakoś złożyło, że trafiliśmy na moment, kiedy odbywał służbę. Ostatnio widziałam go jak był jeszcze dzieckiem – mówi strzałkowianka Ewa Radecka. Jej korzenie są bardzo mocno osadzone na Kresach Wschodnich dawnej Rzeczpospolitej, na terenie dzisiejszej Białorusi. Dziadkowie posiadali majątek we wsi Aszkaragi (gmina Widzy, powiat Bracław), położonej obecnie przy granicy z Litwą i Łotwą. W zeszłym roku, po równo 30 latach przerwy odwiedziła rodzinne strony i kuzynostwo na Białorusi i Łotwie, w Rydze i Dyneburgu (dawny Dźwińsk). Tym razem z synami Hubertem i Mikołajem oraz mężem Andrzejem. Pełna treść artykułu w bieżącym numerze Kuriera.






















Moje som na Ukrainie i się nieopisuje