– On tego nie zrobił, niewinnie siedzi w areszcie – zapewnia partnerka mężczyzny podejrzanego o usiłowanie zabójstwa w Unii w gminie Strzałkowo i jako sprawcę wskazuje swojego 14-letniego syna. Kobieta dokładnie opisała, co wydarzyło się u niej w domu.
Co wydarzyło się 1 listopada?
Tego dnia razem z moim partnerem i znajomym byliśmy na grzybach. Ten znajomy był kierowcą. Kiedy wróciliśmy do domu w Unii, doszło do małej awantury. Przyjechał chłopak mojej córki, zaczął szarpać się z chłopakiem, który u nas wynajmował pokój. Córka im obu się podobała i o nią się pobili. Rozdzieliśmy ich, a po chwili ten znajomy, który z nami był na grzybach z piskiem opon odjechał spod naszego domu. Późnym wieczorem wrócił do nas, z dwoma kolegami. Ci dwaj koledzy to bracia. Wpadli do naszego domu, krzyczeli: „co tu się kur… dzieje?!”.
Kto był wtedy w domu?
W kuchni, gdzie wszystko się rozgrywało, byłam tylko ja i mój syn. No i weszli ci dwaj bracia i ten znajomy, co wcześniej był z nami na grzybach. Kiedy wykrzykiwali, mój syn zwrócił im uwagę, żeby byli ciszej, bo w domu są małe dzieci, spały w pokoju. Jeden z tych braci podszedł do syna i uderzył go pięścią. Zaczęli się szarpać, a po chwili ten facet, co wtargnął do naszego domu wybiegł na dwór. Był zakrwawiony, krzyczał, że ktoś go dźgnął nożem. Później, razem z bratem uciekli, ale wcześniej wezwali policję.
Gdzie w tym czasie był Pani partner?
W kotłowni, pomagał mojej córce palić w piecu, rąbał jej drzewo. Wyszedł dopiero, gdy usłyszał krzyki przed domem.
Dlaczego zatem uciekł?
Wystraszył się przyjazdu policji. Kiedyś było zdarzenie, że razem z kolegami wynieśli alkohol z marketu. Za tę kradzież dostał prace społeczne, ale przez to, że nie odpracował wszystkiego, sąd zamienił mu te prace społeczne na 8 miesięcy odsiadki. Ale nie miał iść do więzienia, karę miał odbyć w domu, w systemie dozoru elektronicznego. Za kilka dni mieli przyjechać założyć mu bransoletkę na nogę. Wystraszył się, że w związku z tą sprawą może mieć jakieś problemy, dlatego uciekł, żeby nie spotkać się z policją.
Kiedy wrócił do domu?
Tej samej nocy. Przed domem było mnóstwo policji, a on niezauważony wszedł do kotłowni. Miał tam butelkę wódki, 0,7 litra. Z tych nerwów z gwinta wypił, dlatego potem wydmuchał 2 promile. Ktoś z policji zauważył go w tej piwnicy i wtedy go zatrzymali. Skuli go w kajdanki i wytargali do radiowozu. Na to wszystko patrzył nas 7-letni syn. Krzyczał, żeby zostawili tatę.
Co Pani powiedziała policjantom, kiedy go zatrzymali?
Że to na pewno nie on, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, kto był sprawcą.
Na jakiej podstawie go zatrzymali Pani partnera?
Poszkodowany i jego brat na niego wskazali. Nie mam pojęcia, dlaczego tak powiedzieli.
Kto zatem był sprawcą?
Mój 14-letni syn.
Widziała to Pani?
Nie, bo kiedy to się działo stałam tyłem. Po całym zajściu syn uciekł z domu. Wrócił w środku nocy, wtedy się przyznał i dokładnie wszystko mi opowiedział.
Co powiedział?
Jak ten facet, co wtargnął do naszego domu zaczął się awanturować, syn go próbował uciszyć. To osobiście widziałam. Widziałam też, jak syn dostał z pięści twarz. Próbowałam go ratować, stanęłam między nimi, plecami do syna. W tym czasie syn chwycił stojący obok nóż i trzy razy dźgnął nożem tego faceta. Dwa razy w okolice brzucha, raz na wysokości barku. Po tym wszystkim syn zabrał ten nóż i uciekł z domu. Kiedy był na polu, zauważył mojego partnera, który też uciekł. Wtedy powiedział mu, że to on zadał ciosy nożem. Mój partner, kiedy się o tym dowiedział, kazał synowi uciekać, a sam wrócił do domu, o czym już mówiłam. Syn opowiedział mi, że wyrzucił nóż, którym zadał te ciosy, do stawu w Węgierkach. Powiedział o tym podczas przesłuchania, ale chyba nikt nie pofatygował się, żeby tego noża poszukać. Syn później bardzo przeżywał to, co się stało, nie mógł spać nocami.
Opowiedziała Pani o tym wszystkim organom ścigania?
Oczywiście, od razu, kiedy syn mi o tym powiedział. Zadzwoniłam na policję i to wszystko im opowiedziałam, ale oni to zignorowali. To samo syn powiedział podczas przesłuchania w sądzie w Koninie, w połowie stycznia, ale i tam chyba nikt synowi nie uwierzył. Zamiast wypuścić mojego partnera na wolność, przedłużyli mu areszt na kolejne 3 miesiące. Z tym najbardziej nie mogę się pogodzić. Syn się przyznał się do winy, policja, prokuratura i sąd o tym wiedzą, a mimo to nadal trzymają w areszcie niewinnego człowieka.





















