Jeden z najsłynniejszych przestępców w dziejach PRL spoczywa na cmentarzu w Zagórowie. Przypominamy postać Iwana Ślezko oraz kulisy jednej z najtrudniejszej sprawy w historii polskiej kryminalistyki.
O Zygmuncie Bielaju, który ta naprawdę nazywał się Iwan Ślezko napisano wiele. Poświęcono mu także podcast na kanale Opowiem Ci historię. Na podstawie właśnie tego nagrania przypomnimy Państwu sprawę, którą w latach 70. żył cały kraj, a której wątki dotycząca naszego powiatu. Wielu specjalistów nazywa ją najtrudniejszą w dziejach polskiej kryminalistyki.
Był 5 czerwca 1970 r., kiedy do mieszkania przy ul. Tumskiej w Płocku zapukał mężczyzna. Poprosił doktor Stefanię Kamińską, by pojechała z nim do Brwilna, miejscowości leżącej niedaleko Płocka, gdzie pomocy potrzebuje chore dziecko. 64-letnia pani doktor nie odmówiła. Wsiadła do samochodu nieznajomego i razem odjechali. Kiedy godziny mijały, a pani Stefania nie wróciła, jej mąż – również lekarz zgłosił milicji zaginięcie. Powiedział, że tego dnia odwiedził ich nieznajomy mężczyzna, z którym jego żona pojechała. Opisał jego wygląd. Zwrócił uwagę na obcy akcent nieznajomego. Milicja zgłoszenie od razu potraktowała bardzo poważnie. Powołano specjalną grupę operacyjno-śledczą, która miała zajmować się wyłącznie tą sprawą. W mediach pojawiły się komunikaty o zaginięciu cenionej pani doktor. Na komisariat zgłosił się mężczyzna, który twierdził, że widział panią doktor wsiadającą do samochodu. Nie kojarzył marki, ale kiedy milicjanci pokazali mu zdjęcia różnych aut wskazał na trabanta.
300 tys. złotych – oto nasz warunek
Śledczy brali pod uwagę różne hipotezy: uprowadzenie dla okupu, zemstę na Stefanii czy nawet to, że pani doktor postanowiła uciec od męża. Dwie ostatnie szybko odrzucono. Ustalono bowiem, że Stefania nie miała żadnych wrogów, a z mężem tworzyli wyjątkowo zgodne i dobre małżeństwo. Najbardziej prawdopodobna wydawała się hipoteza związana z uprowadzeniem dla okupu. Kilka dni później nie było już żadnych wątpliwości. – 300 tys. złotych – oto nasz warunek, aby pańska żona wróciła do domu – taką wiadomość dostał doktor Kamiński. Podano także instrukcje, jak ma postępować. – Jeżeli pan się na to zgadza, prosimy o zamieszczenie w Życiu Warszawy następującego ogłoszenia: Jana Andrzejaka lat około 70 lub jego rodziny poszukuje Andrzej Bujak. Płock, ul. Tumska 6. Ogłoszenie ma się ukazać 3-krotnie. W dniach jego ukazywania się brat pańskiej żony ma być w Warszawie i ustawić swoją dekawkę na ul. Wolskiej w godzinach od 7 do 19 przed zakrętem do Włoch. Wtedy podamy panu miejsce i czas wymiany. Ostrzegamy przed korzystaniem z pomocy MO. Wykryjemy to szybko i postąpimy jak Argentyńczycy z ambasadorem RFNu. Na prawym błotniku samochodu prosimy umieścić czerwono-białą chorągiewkę, a na tylnym siedzeniu tuż przy szybie położyć czerwony materiał widoczny z daleka i nie zdejmować tych znaków rozpoznawczych aż do wymiany – napisano w liście podpisanym nazwiskiem Andrzejak. W kopercie znajdowała się też kartką z odręcznie napisaną informacją, w której Stefania prosi męża, by wziął dla niej 5 dni zwolnienia. Na kartce znalazła się jej parafka. Ani grafolog, ani sam doktor Kamiński nie mieli wątpliwości, że było to pismo Stefanii.
List nadany w Słupcy
Doktor Kamiński nie posłuchał porywacza, tylko list przekazał milicji. Zgodnie z żądaniem, w gazecie opublikowano ogłoszenie. Pojawił się jednak problem. Dekawka (samochód marki DKW) bratanka Stefanii (w liście błędnie podano, że to jej brat) się zepsuła przed planowaną podróżą. Milicja postanowiła przekazać te informacje porywaczowi. Zrobiono to za pomocą tej samej gazety. Po kilku dniach nadeszła kolejna wiadomość. Porywacz napisał, że może to być inna osoba posiadająca własny samochód, ale jej nazwisko doktor Kamiński musi podać przez wywieszenie w barze szybkiej obsługi ogłoszenia dotyczącego sprzedaży dziecięcego wózka spacerowego. Na tym ogłoszeniu miało pojawić się nazwisko, imię i miejsce zamieszkania upoważnionej osoby. Wiadomość ta nadana została w łódzkiej placówce pocztowej.
Śledczy zorganizowali zasadzkę. Uznali, że skoro ogłoszenie miało zawisnąć w barze, porywacze muszą do niego wejść, żeby je zobaczyć. Przez kilka dni w lokalu siedział bratanek zaginionej pani doktor. Ustawiono też fotografa, który robił zdjęcie każdej osobie wchodzącej do środka. Fotografii wykonano około 4 tysiące, ale na żadnej z nich doktor Kamiński nie rozpoznał mężczyzny, z którym odjechała jego żona. Milicja nie wiedziała, czy porywacz przeczytał ogłoszenie. Później przyszły kolejne listy. Jeden z nich został nadany w… Słupcy. W korespondencji wskazywano różne miejsca pozostawienia pieniędzy, ale nikt nie odbierał okupu. Ostatni list doktor Kamiński dostał pod koniec czerwca. Później kontakt z porywaczem się urwał.
Trabant i maszyna do pisania
Grupa operacyjno-śledcza nadal działała, ale zaczynało brakować punktów zaczepienia. Śledztwo utknęło w martwym punkcie. Kluczowe okazały się informacje przekazane przez milicjantów z Konina. Okazało się bowiem, że pięciu zamożnych mieszkańców tego miasta pod koniec lata 1970 r. dostało listy z pogróżkami i żądaniami okupu. W każdym przypadku było to 20 tys. zł. Porównanie tych listów z korespondencją, którą otrzymywał doktor Kamiński potwierdziło, że wszystkie napisano na tej samej maszynie do pisania marki Mercedes. Śledczy postanowili sprawdzić wszystkie takie urządzenia nie tylko w Płocku, ale też w Koninie. To nie dało jeszcze rozwiązania kryminalnej zagadki, ale wątek maszyn był dobrym tropem. Potrzeba było jednak więcej danych. Milicjanci ustalili, że autor pogróżek wysłanych do mieszkańców Konina brał ich adresy z książki telefonicznej. Ale jeden z odbiorców dostał wiadomość do domu, choć jego telefon zarejestrowany był na adres warsztatu, który prowadził. Dla śledczych oczywiste się stało, że autor anonimów musi być mieszkańcem Konina, a do tego musi osobiście znać jednego z szantażowanych. Oceniono też, że anonimy mógł napisać ktoś, kto ma „lekkie pióro”, np. dziennikarz.
W marcu 1971 r., podczas kolejnego przesłuchania jednego z mieszkańców Konina, który otrzymał anonim zapytano, czy zna kogoś, kto ma Trabanta, pracował lub pracuje jako redaktor i ma maszynę do pisania. Ten wskazał na swojego sąsiada. Mężczyzna był kiedyś dziennikarzem Gazety Poznańskiej, uchodził za osobę szanowaną w okolicy. W tamtym czasie zajmował się hodowlą królików. W konińskiej redakcji dyskretnie sprawdzono maszynopisy kilku napisanych przez niego artykułów. Po porównaniu za wysłanymi anonimami nie było wątpliwości, że wyszły spod ręki tej samej osoby. Ustalono też, że Zygmunt Bielaj miał 258 tys. zł długu, czyli podobną kwotę do tej, którą porywacz zażądał od doktora Kamińskiego (300 tys. zł). Milicjanci uznali, że trzeba zatrzymać Bielaja. W jego mieszkaniu nie znaleźli jednak maszyny do pisania. Sam zatrzymany twierdził, że nigdy takiej nie miał. Tak samo powiedziała jego żona oraz jedna z córek. Dwie pozostałe przyznały jednak, że w rodzinnym domu latem 1970 r. widziały taką maszynę. Wkrótce także trzecia z córek zmieniła zeznania. Przyznała, że widziała maszynę, ale matka namówiła ją do okłamania milicjantów. Śledczy dotarli też do warsztatu, w którym Bielaj naprawiał maszynę. Mechanik przyznał, że jakiś czas temu przyniósł mu starego Mercedesa, do którego już wcześniej dorabiał zniszczone litery ź i ż. To była bardzo cenna informacja, bo właśnie te czcionki wyróżniamy się w anonimowych listach i maszynopisach Bielaja. Milicja odkryła także odciski palców na listach w sprawie doktor Kamińskiej. Badania wykazały, że należały do Bielaja. To nie wszystkie dowody świadczące przeciwko mieszkańcowi Konina. Doktor Kamiński rozpoznał go jako mężczyznę, który na początku czerwca 1970 r. przyszedł do ich mieszkania w Płocku i z którym później odjechała jego żona.
Mroczna przeszłość
Bielaj początkowo wszystkiemu zaprzeczał. Twierdził, że nigdy nie widział doktor Kamińskiej, a na pewno jej nie porwał. Przyznał się jednak do posiadania maszyny do pisania. Śledczy natrafili też na jego Trabanta, ale samochód znalazł się na licytacji komorniczej i wkrótce ktoś go kupił, wyczyścił i przemalował. Nie było zatem już szans zabezpieczyć ewentualnych śladów, które można by wykorzystać w śledztwie.
Rozpoczęła się dokładna analiza przeszłości podejrzanego. Okazało się, że tak naprawdę nazywa się Iwan Ślezko. Urodził się w 1922 r. i z wykształcenia był felczerem weterynarii. Podczas II wojny światowej był żołnierzem Armii Czerwonej. W drugiej połowie 1944 r. skierowano go do Wojska Polskiego. Pracował przy punktach kontrolnych znajdujących się przy drogach, później wyjechał do Szczecina. Zmienił nazwisko, zaczął przedstawiać się Zygmunt Bielaj. Ożenił się, miał 3 dzieci. W latach 50. przeprowadził się do Konina, zaczął pracę w bibliotece, potem pracował w Gazecie Poznańskiej. Międzyczasie rozpoczął budowę domu w Koninie. Hodował pieczarki, potem kury i króliki.
Podczas przesłuchań przyznał się do kilku zabójstw. Nie został jednak oskarżony o dokonanie tych zbrodni, bo ich ściganie uległo przedawnieniu.
W końcu się przyznał
W końcu przyznał się do uprowadzenia płockiej lekarki. Twierdził jednak, że zrobił to na zlecenie Brodacza. Tak nazwał nieznajomego mężczyznę, który miał go zaczepić w 1967 r. w Koninie i powiedzieć, że dobrze zna jego przeszłość. Brodacz miał go zaszantażować, że ujawni jego zbrodnie. Za milczenie miał zażądać 200 tys. zł. Ślezko miał dać mu połowę tej kwoty, ale w 1970 r. Brodacz znowu miał się odezwać i upomnieć o resztę pieniędzy. Wtedy miał mu zaproponować udział w porwaniu doktor Kamińskiej. Ślezko twierdził, że po porwaniu doktor Kamińską przekazał Brodaczowi, a sam, na jego polecenie napisał jeszcze kilka listów do jej męża i mieszkańców Konina. Potem wyrzucił maszynę do pisania, a więcej o losie Stefanii miał nie wiedzieć.
Milicjanci ustalili, że kilka tygodni po porwaniu doktor Kamińska jeszcze żyła. W czerwcu 1970 r. miał ją widzieć mężczyzna, który przeprowadzał remont w domu Bielaja. Ciekawe były też zeznania pewnej farmaceutki, która opisała nietypową wizytę 22 czerwca 1970 r. w Łodzi. Tego dnia ktoś próbował wykupić receptę wystawioną przez doktor Kamińską. Wypisanym lekiem był środek na rozstrój żołądka, ale dawka była niepokojąco wysoka. Młoda farmaceutka wyszłą na zaplecze, by się skonsultować z kierowniczką, ale gdy wróciła, klienta już nie było.
Zamieszkał w Zagórowie
Bielaj nigdy nie przyznał się do zabicia doktor Kamińskiej. Nigdy też nie odnaleziono jej ciała. Mimo to Ślezko usłyszał zarzut zabójstwa. To był pierwszy taki proces – w którym oskarżono o zabójstwo, mimo że nie znaleziono zwłok ofiary. Proces ruszył w lutym 1974 r. w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. Zainteresowanie opinii publicznej było ogromne. W sądzie potwierdzono, że Bielaj uprowadził doktor Kamińską. Problemem okazało się udowodnienie zabójstwa. Nie było ciała, ale nie było też żadnych dowodów, że pani doktor nie żyje. Ostatecznie, Bielaj został uznany za winnego uprowadzenia. W wersję z Brodaczem sąd nie uwierzył. Przyjęto, że Ślezko, który miał długi chciał po prostu wzbogacić się na porwaniu lekarki. Prokurator Józef Gurgul, najsłynniejszy chyba prokurator czasów PRL, który był w tej sprawie oskarżycielem przyznał, że równie inteligentnego przestępcy już nigdy nie spotkał. Później jeszcze przez kilka lat wymiar sprawiedliwości zajmował się sprawą doktor Kamińskiej. Prokuratura usiłowała wykazać, że Ślezko jest winny zabójstwa. Ostatecznie jednak, w 1985 r. śledztwo zostało umorzone.
Ślezko przesiedział 18 lat w więzieniu. Na wolność wyszedł w 1988 r. Rok później zamieszkał w Domu Pomocy Społecznej w Zagórowie. Kilkanaście lat temu mieliśmy okazję porozmawiać z jedną z pań pracujących w DPSie w czasach, kiedy podopiecznym placówki był słynny w całym kraju przestępca. – Był bardzo skrytym i tajemniczym człowiekiem. W sprawach ogólnych można było z nim normalnie porozmawiać, ale o sobie nie chciał niczego mówić. Gdy ktoś próbował pytać go o jego przeszłość, albo nie odpowiadał nic, albo twierdził, że nie pamięta. Z nikim z pensjonariuszy ani personelu nie utrzymywał bliższych kontaktów. Na spacery chodził sam. Nikt go też nie odwiedzał, nikt nigdy do niego nie zadzwonił – tak opisywała Bielaja. Mężczyzna w DPSie nie sprawiał żadnych kłopotów. Nie był agresywny ani konfliktowy. Mimo wszystko pracownicy się go bali. – Miał straszne, przeszywające spojrzenie. Jego wzrok potrafił wywołać w człowieku strach – wspominała nasza rozmówczyni.
Iwan Ślezko zmarł w marcu 1993 r. Spoczął na cmentarzu w Zagórowie, obok innych pensjonariuszy pochowanych przez DPS.



















