Kolejny cykl moich opowieści zacząłem jak zwykle od przeglądania zdjęć. Poprosiłem nawet moją kuzynkę Gosię Kasprzak o przesłanie wspaniałych zdjęć, którymi uwiecznia liczne podróże, na których mamy okazje razem być, a które myślę, że jeszcze w kilku artykułach się pojawią, jednak gdy sięgnąłem do starszych albumów natknąłem się na zdjęcia z wakacji 1995 roku. Miałem wtedy 17 lat … i odbyłem jedną z najciekawszych podróży. Wraz z moim przyjacielem Arkiem Grabowskim (o którym już pisałem wspominając o Moskwie) wyruszyliśmy na wyprawę do Wilna jadąc rowerami – tymi słowami kolejną część kurierowych podróży zaczyna Przemek Waszak z Zagórowa.
Rozpoczęli z Suwałk, więc do przejechania mieli nieco ponad 200 km, ale trasa była tak zaplanowana, żeby po drodze jechać jak najbardziej bocznymi drogami zahaczając o „polskie wioski”. Dla młodego chłopaka to była wtedy przygoda życia: rowery, namiot, bagaż na bagażniku i obce tereny.
– Adrenalina pchała nas do przodu. Pierwsze uśmiechy wzbudziliśmy jeszcze po polskiej stronie kiedy kupowaliśmy paliwo do kuchenki polowej, faktem iż jedziemy do Wilna w tamtych czasach wzbudzaliśmy niezłe zdziwienie. Na granicy, gdzie ciągnęła się bardzo długa kolejka tirów i samochodów osobowych, zostaliśmy przepuszczeni pasem dla korpusu dyplomatycznego, taką radość wzbudziliśmy zarówno na twarzach pograniczników polskich, jak i litewskich. Po kilkunastu kilometrach za granicą zatrzymaliśmy się przy jednym z domostw prosząc o możliwość rozbicia namiotu, rano zostaliśmy zaproszeni na śniadanie – ugoszczono nas po królewsku co było w domu trafiło na stół, mimo że znaliśmy się od wczorajszego wieczora. To co zapamiętałem na długo to kawa, którą zostaliśmy poczęstowani od tego dnia – wspomina.
Drugi dzień podróży minął im na polskich akcentach. Wjechali do wioski, w której mieszkali już tylko starcy. Byli to Polacy, którzy stwierdzili, że są pierwszymi Polakami z Polski, których widzą od wojny. Droga pomiędzy tymi osadami prowadziła wśród malowniczych pół i lasów, ale była piaszczysta i kamienista, więc tempo nie było najwyższych lotów, ale nie o czas przejazdu był najważniejszy tylko ludzie, których spotykali.
– Popołudniu dotarliśmy do kolejnej polskiej osady, tam trafiliśmy na … rocznicę ślubu i znów ugoszczono nas sowicie i poczęstowano litewskim kwasem, który też pozostawił na nas okrutny ślad. Trzeciego dnia dotarliśmy do Wilna, tam oczywiście pierwsze kroki postawiliśmy przy Ostrej Bramie. Spędziliśmy tam wspaniałe 2 dni wszędzie poruszając się rowerami. Ja posiadałem wtedy terenowego Rometa, który na asfalcie był siermiężny, natomiast doskonale radził sobie z piaskiem i wertepami i nasze pojazdy, gdziekolwiek się pojawiliśmy wzbudzały ogromne zainteresowanie i nie ukrywany podziw. Na powrocie pojechaliśmy jeszcze zobaczyć zamek w Trokach, a dalej już ruszyliśmy w stronę granicy. Po drodze utkwił nam w pamięci jeden przydrożny sklep z ogromną reklamą Coca coli, w środku natomiast znajdowała się 1 (słownie jedna) puszka tego napoju i czarny chleb, którym się żywiliśmy. Ostatni dzień na Litwie to ponad 130 km i nocleg w stogu siana po polskiej stronie z najściem w nocy straży granicznej i tłumaczenie skąd, dokąd i dlaczego tu się znajdujemy, po kontroli bagażu, gdzie okazało się, że nie przemycamy nic ani w jedną ani w drugą stronę dospaliśmy do rana i wróciliśmy do Suwałk.
Dla młodego chłopaka to było tak fantastyczne przeżycie, że jeszcze dziś potrafię przypomnieć sobie najdrobniejsze szczegóły tej wyprawy. W przyszłym tygodniu przyjrzę się szczegółowo wspaniałemu miastu, jakim jest Wilno oraz pobliskim Trokom i Druskiennikom – powiedział kończąc tę część Przemek.



















