Zmarł Franciszek Smułek, znany zagórowski malarz pokojowy, który wraz z Andrzejem „Andruchem” Nowickim i Grzegorzem „Winerem” Nowickim (odszedł w ubiegłym roku) tworzyli malarsko-kabaretowe trio.
Gdy malowali mieszkanie, to było wydarzenie wagi kulturalnej i artystycznej. Gospodarze rzucali na bok bieżące obowiązki, przychodzili też sąsiedzi. Stano w drzwiach, siadano na taboretach i słuchano oraz oglądano show malarzy, którzy słynęli ze śmiesznych dialogów, powiedzonek, chodzili na drabinach, wcielali się w różne postaci i odgrywali swoisty teatr. “Andruch” grał polkę na zębach, a “Winer” wadził się na niby z ojcem, włączając w to Franka. -Komy były nie z tej ziemi!-twierdzą obserwatorzy.
Franciszek Smułek się jąkał, więc Jego role w tym malarskim kabarecie były szczególne. Znany i przytaczany tekst: „Do wódki trzeba się kkk… urodzić”, wszedł do języka zagórowian. Jak mieszkanie zostało pomalowane, odbywały się uroczyste kolacje, wieńczące dzieło. Wtenczas humor jeszcze bardziej się intensyfikował. To były czasy, kiedy nie było Internetu, nie w każdym domu był telewizor, ale przede wszystkim była chęć spotkania, rozmowy i wspólnego śmiania się. Człowiek sam musiał sobie stworzyć wesołe sytuacje, a dzisiaj wesołych sytuacji szuka się w mediach.
Trio malarskie nie tylko malowało mieszkania, ale także kościoły, szkoły czy remizy OSP. Malarze mieli nawet fuchę w Warszawie. Właściciel poprosił o namalowanie imitacji kafelek na kuchennej ścianie. Wyszły okazale, ale zostało zbyt dużo wolnego miejsca. -Namaluje się pustaki i będzie w porządku- odparł żartobliwe Franek.
Franciszek Smułek uczył się fachu malarstwa pokojowego u mojego dziadka “Andrucha”, zwracając się do niego „Majster”, a do babci “Majstrowa”. Przez dziadka był traktowany jak syn, a przez dzieci Nowickich jak brat. Przyjaźnił się z wujem Grzegorzem. Bardzo często bywał na Małym Rynku u dziadków, u których spędziłem część dzieciństwa. Pamiętam, że gdy pojawiał się Pan Franek, od razu robiło się wesoło, a śmiech nie miał końca. On generował atmosferę pełną humoru. Dziadek coś dorzucił, wuj Grzegorz też, a jak jeszcze przyszedł wuj Piotr, dialog się zagęszczał i pojawiał się często absurd jak u Monty Pythona.
U dziadków rósł na podwórku orzechowiec, pod którym odpoczywano po pracy i gwarzono, a także w sezonie letnim zażywano chłodu w cieniu. Pod “orzechem” się działo. Były śpiewy, koncerty, występy kabaretowe i niekończące się spotkania.
Jako chłopak przygotowywałem do skupu butelki po wódce, żeby mieć parę złotych. Życie towarzyskie zawsze było u dziadków, więc i pustych butelek nie brakowało. Ustawiano je za płotem w tylnej części podwórza. Wkładałem butelki do wiader z wodą, żeby odeszła papierowa etykieta (chyba najpopularniejsza była wtenczas wódka żytnia), a później pakowałem czyściutkie szkło do toreb i z radością szedłem do pobliskiego sklepu, wiedząc, że wrócę do domu z pieniędzmi, za które kupię później gumę Donald. Sprzedawca w białym fartuchu kazał mi wystawić butelki na ladę, po czym dokonywał skrupulatnie przeglądu. Niektóre odrzucał, mówiąc, że nie przyjmie, bo jest gwint wyszczerbiony. Niestety część wyszczerbionych butelek musiała wrócić na podwórkowe półki dziadka, a ja miałem przez to gorszy humor i mniej pieniędzy. Panu Frankowi się to nie podobało i wypowiedział słowa, których wtedy nie rozumiałem. -Niech (tu wymienił imię sprzedawcy) co innego sobie pomaca, a nie maca gwinty od butelek! Dziadek i wuj się śmiali, ja nie, bo nie wiedziałem, o co chodzi, ale cieszyłem się, że panowie są po mojej stronie.
Jeszcze kilka lat temu można było zobaczyć Franciszka Smułka spacerującego po Zagórowie. Chodził bardzo wolno i zamaszyście. Z każdym zamienił słowo i zażartował. Spotkałem Go przy ulicy Pyzderskiej. Mówił, że choruje, że zdrowie już nie te. Pytał o swojego przyjaciela “Winera”. Miło się gawędziło. Oczy mu się szkliły na myśl o dawnych czasach, kiedy było zdrowie, malowało się i echo śmiechu niosło się w malowanych pomieszczeniach.
Niektórzy widzieli podobieństwo pomiędzy Franciszkiem Smułkiem a aktorem Zdzisławem Maklakiewiczem. Może jakieś było. Obaj mieli pieprzyki na policzkach.
Odszedł człowiek legenda. Niespotykany humorysta i gawędziarz. Człowiek, którego większość mieszkańców Zagórowa znała i szanowała. Bo zawsze dobrze było spotkać Franka Smułka, pogadać i pośmiać się.
Córkom śp. Pana Franciszka Smułka Monice i Beacie oraz Ich rodzinom składam najszczersze kondolencje.
Zdjęcie pochodzi z archiwum Moniki Kasprzak





















