Gastronomia to bardzo szeroka dziedzina, wymagająca poznania wielu tajników i metod, sposobów obróbki, ale i podążania za nowymi kierunkami czy stylami. Ważne, by mieć swój smak oraz swoistą oryginalność. A jeśli dodatkowo to staje się sposobem na życie, to jest to spełnienie wszystkiego.
Janek Słowiński pochodzi z Lądu. Od jakiegoś czasu mieszka w Krakowie. Tutaj właśnie spełnia się zawodowo. I nie jest tajemnicą, że życie naszego kolejnego bohatera kręci się właśnie wokół gotowania. To, jak mówi jest nieodłączny element jego życia, kocha to robić, daje mu poczucie spełnienia, ale nie są to jedyne aktywności i zajęcia Janka. – Lubię dużo jeździć rowerem, kajakować, wspinać się. Muzyka do końca też nie zniknęła mi z życia, czasem skuszę się zagrać gdzieś na małych ulicach Krakowa, choć co do tego śmiałość zmalała niż wcześniej. Wszystkie te rzeczy, które wymieniłem są dla mnie odskocznią, ale i w nich czerpie inspirację, dlatego staram się wszystko równoważyć, tak by panowała harmonia w moich działaniach. Ponadto od zawsze fascynowało mnie dobre jedzenie i ciekawość wszystkiego jak coś jest zrobione. Tak samo było w tym przypadku. Gdy poznałem mój pierwszy przepis na babkę (mogła to być 3 klasa podstawówki albo 4. Coś w ten deseń, lecz dokładnie nie pamiętam). Zrobiłem ją z moim dziadkiem dla rodziców. Od tego właśnie czasu zaczęły się kulinarne eksperymenty. Od totalnego sukcesu do kolejnych porażek, których nie byłem w stanie sam zjeść, a co dopiero domownicy (dostałem od mamy wtedy specjalny brązowy emaliowany mały rondelek do moich potraw). Z wiekiem przychodziło coraz to dojrzalsze spojrzenie i co raz większa pasja budowała się w tym zakresie i nieprzerwanie trwa do dziś – mówi nam.
To, co robi Janek kulinarnie najlepiej jest w tej chwili obserwować na Instagramie. Zaprzestał dodawania filmów kulinarnych, bo jak tłumaczy, nie ma czasu nagrywać jak gotuje, za to kamery nie porzucił do końca. Działa za sterami kamery, a nie przed samym szkłem. W jego świecie wszystko kręci się wokół gotowania, wokół świata gastronomii – to jest naprawdę to, w czym czuje się dobrze na co dzień. – Pasuje mi to bardzo, ponieważ mogę upuścić trochę artystycznej duszy nie tylko na talerz, ale i film. Co jest moim największym kulinarnym sukcesem? Nie czuję, abym takowy sukces kulinarny osiągnął, lecz do rzeczy z których jestem na prawdę zadowolony, to znalezienie w końcu własnego stylu gotowania i idei która za tym idzie jak wykorzystywanie dzikich roślin jadalnych w kuchni oraz spojrzenia na warzywa w sposób na jaki zwykle się nie spogląda. Przychodzi mi to z łatwością dlatego myślę, że to może być mój konik – dodaje.
Janek, tutaj w Krakowie, na co dzień pracuje w syryjskiej restauracji, gdzie serwowane są dania, które występują na co dzień na ulicach Suwaydy. Dodatkowo organizuje własne pop-upy, tworzy jednodniową kartę menu z dzikich roślin i gotuje na tych wydarzeniach. – Pop-up to wydarzenie, w którym dany kucharz idzie gotować do jakiegoś obiektu publicznego (to wszelakie miejsca te standardowe jak kawiarnie, restauracje, puby, ale i nawet salony fryzjerskie, pracownie ceramiczne). Tu nie ma barier, dlatego jest to tak świetne wydarzenie. Osoba prowadząca pop up zazwyczaj pokazuje siebie i swoje zajawki na talerzu, gdzie można dzięki temu zajrzeć całą organoleptyką, co tej osobie w duszy gra! – Części składowe: to miejsce – osoba z zajawką – nietuzinkowe jedzenie – głodni wrażeń goście – mówi.
Nasz bohater udowodnił niedawno, że oprócz dobrego gotowania masz też złote serce dla innych. Kiedy na początku września Maroko dosięgło trzęsienie ziemi… jego dziewczyna Zuzia z pomocą Janka szybko zorganizowała akcję dla kolegi. – Gdy wybuchło trzęsienie ziemi byłem bardzo zestresowany i bezradny. Zuzia pomyślała wtedy, żeby zorganizować pop-up z którego środki przeznaczę na pomoc rodzinie mojego przyjaciela, której w ciągu zaledwie kilku sekund runął dom. Po powrocie z pracy, gdy wszedłem do mieszkania i moja dziewczyna przyszła z całą listą pomysłów co można zrobić, postanowiłem przejść do działania – najlepszym okazał wieczór z kolacją degustacyjną w restauracji, w której pracuję. Właściciele od razu zgodzili się na pomoc. Niedaleko po pomyśle powstała kolacja, dzięki której udało się zebrać środki. To było fantastyczne uczucie, ta pomoc innym – powiedział kończąc Janek.
Bez wątpienia największą satysfakcją jest dla niego zadowolenie gości, które tym jest cenniejsze, im częściej wracają. Tę pracę i zarazem pasję trzeba po prostu pokochać i dla niej się spełniać…


















